Rzutem oka na Peru

Decydując się na podróż z dzieckiem wiedzieliśmy, że będzie powoli. I jest nawet jeszcze bardziej powoli. I tak mi z tym bardzo dobrze. Mamy czas żeby popatrzeć, pobyć, poczuć klimat tych miejsc . No i nie mamy (prawie) choroby wysokościowej.

Co mnie w Peru najbardziej uderza, to to, że jest takie zupełnie normalne. I takie zupełnie inne od moich wyobrażeń i przekonań o tym kraju. Bo miało być podobnie jak w Indiach. Że brudno, tłoczno i głośno. Otóż nie. Tutaj jest zaskakująco czysto. Nie walają się nigdzie góry plastikowych butelek, ulice są zamiecione, a pościel wygląda przyzwoicie. Są miejsca, gdzie jest dużo ludzi, ale nie jest tak, że się ciągle ktoś o mnie ociera. Samochody trochę trąbią, ale nawet mniej niż na Bałkanach. Kierowcy jeżdżą w miarę przyzwoicie, można bez strachu o własne życie przejść przez ulicę, po której jeżdżą całkiem nowe Toyoty, Hyundaje i Kie.

Tutaj jedziemy po najbardziej turystycznej trasie i oczywiście, że ludzie chcą na nas zarobić, ale grzecznie proponują i, gdy my grzecznie odmawiamy, po prostu idą dalej. W Indiach ciągle opędzaliśmy się od różnych ludzi, którym łamaliśmy serca nie chcąc nic kupić. 

Miało być też bardzo biednie. Nie byłam w slumsach i wiem, że tam pewnie inaczej, ale w Indiach slumsy widziało się wszędzie. Widzieliśmy też ludzi śpiących na ulicy i wielu chorych, pokrzywionych, żebrzące dzieci. Peru wypada o niebo lepiej. Dzieci są tutaj czyste i zadbane, a dorośli Peruwiańczycy również nie wyglądają na zabiedzonych. Ale też ciężko tutaj pracują. Pewnie po kilkanaście godzin dziennie. Widzimy jak dzieci po szkole przychodzą do swoich rodziców do pracy, do ich wózków  z owocami, siedzą z nimi na ulicy i sprzedają sznurkowe bransoletki.

Ale widać też, że Peru się rozwija. Wszędzie wznoszone są nowe budynki, są te nowe samochody, są asfaltowe ulice, a nawet jak są bite to są polewane wodą by nie pyliły. Są tutaj supermarkety, restauracje, do których chodzą też Peruwiańczycy, a nie tylko turyści.

I jeszcze było, że Peruwiańczycy nie lubią za bardzo Gringo, czyli białych turystów. I może faktycznie nie wchodzą z nami od razu w jakieś zażyłe stosunki, ale są mili, pomocni, da się dogadać (po angielsku też) i załatwić różne rzeczy, nawet poza wybujałą administracją. Może się już przez 2-3 pokolenia masowej turystyki przyzwyczaili?

Wydawało mi się też, że jedzenie tu będzie jakieś proste. Ziemniaki, kukurydza, banany i ewentualnie jakieś wymyślne owoce i świnki morskie. Natomiast jedzenie jest bardzo dobre, dobrze przyrządzone, no może poza paskudnym café machiato w Puno. Natomiast kuchnia peruwiańska to jedna z najlepszych i najbogatszych kuchni świata. Nic w sumie dziwnego, bo spotykają się tutaj wpływy hiszpańskie, indiańskie, chińskie, japońskie i meksykańskie. To  stąd pochodzi papryka, pomidor, fasola, dynia i wiele innych warzyw. A wszystko przyprawiane jest ziołami z dżungli amazońskiej. Też inaczej niż w Indiach, gdzie wszystko było bardzo ostre i intensywne. W Peru przyprawy jakoś tak adekwatnie podkreślają smak potraw.

To taki rzut oka turysty jadącego wygodnym i dobrze utrzymanym szlakiem. Ciekawi mnie bardzo jak wygląda to Peru w innych miejscach. Jak tam jest ludziom czy dobrze im się żyje. Czy ich dobrze to takie samo jak nasze dobrze?

 

 

 

 

 

O ratowaniu świata

„Nic nie wiesz o empatii” w podobnych słowach ktoś skomentował mój wpis na grupie fejsbukowej w 5 dni po ukończeniu przeze mnie rocznego Studium Komunikacji w Opraciu o NVC. 80 godzin zajęć, 20 godzin rozmów w dwójce empatycznej. Wystarczająco aby nieco poczuć (nie)kompetencję w udzielaniu empatii. I w zupełności wystarczająco abym mogła w sobie poczuć taką moc do zmieniania świata na lepszy. Że mogła bym teraz tej empatii dać każdemu, wiadrami.

I przestroga na drogę – nie bądźcie Ratownikami. I taki mój bunt – że ja chcę być ratownikiem. Przecież dlatego robię to co robię. Gdybym nie chciała ratować świata to nie zmieniała bym 3 razy zawodu. Chcę pomagać ludziom w ich rozwoju, we wzajemnym rozumieniu, w rodzicielstwie. W różnych trudnych sytuacjach. Chcę ich ratować przed innymi ludźmi i przed nimi samymi. Hmm, no właśnie.

Dziękuję osobie, która napisała mi, że nic nie wiem o empatii. Nie dlatego, że uświadomiła mi, że nic nie wiem – bo coś tam jednak wiem, ale za to, że na własnej skórze odczułam sytuację, gdy ktoś ratując kogoś, kogo uważa za ofiarę, staje się prześladowcą dla kogoś innego.

To co się wydarzyło można przedstawić na takim schemacie:

Trójkąt Dramatyczny Karpmana

Ta rola Ratownika wydaje się taka bardzo atrakcyjna. Że ratujemy kogoś biednego przed kimś strasznym. I wszystko było by ok, gdyby nie to, że ten cudowny Ratownik staje w pozycji władzy do Ofiary. Że to tylko on może ją ocalić i tylko on wie co jest dla tej Ofiary dobre, i że ta Ofiara jest taka biedna, i że jest Ofiarą. I każdy kto powie coś „nie tak” może się stać dla Ratownika Prześladowcą  jego Ofiary. I wtedy Ratownik staje się dla tego Każdego Prześladowcą. A czasem Ratownik staje się też Prześladowcą dla swojej Ofiary, która przecież musi dostać po głowie aby się za bardzo nie wynurzała, aby mógł ją dalej ratować. Czyli, że od Ratownika do Prześladowcy jest tylko jeden krok i, że Ratownik musi mieć Ofiarę.

W tym układzie osoba, która ma problem się nie liczy. Ratownik ratuje ją dla własnej satysfakcji i poczucia mocy. Często ratuje w sposób, który w dłuższej perspektywie nie służy ratowanemu.

Uświadamia mi to jak bardzo pomoc drugiemu człowiekowi jest trudna. Jakiej trzeba uważności i delikatności aby ta pomoc była pomocna. Aby uwzględniać tę osobę, której pomagamy – wierzyć w jej siłę i możliwość samostanowienia o sobie. I aby też nie ranić tej osoby  jeszcze bardziej przez to, że zranimy też przy okazji kogoś innego.

Ale jak jej na wszystko pozwalacie, to jak?

U nas to jest tak, że jak dziecko chce wchodzić po schodach, to wchodzimy po schodach. Góra -dół, góra-dół. Do znudzenia. A co jak już mi się znudzi? Wchodzę jeszcze parę razy i dopiero wtedy próbuję magicznych sztuczek z odwracaniem uwagi. Jest duża szansa, że dziecko już wysyciło swoją potrzebę związaną z tymi schodami i chętnie zacznie robić coś innego. Czyli, że wchodzę na te schody, bo dzieciak tak chce? Tak. I dlatego, że ja tego chcę. A chcę tego dlatego, że jestem leniwa. Zwyczajnie nie chce mi się biegać zawsze za dzieckiem i uważać żeby sobie krzywdy nie zrobiło albo grzebało mi gdzieś, gdzie nie chcę aby grzebało. Jeśli więc chce chodzić po schodach to chodzimy i uczymy jak to robić. A gdy chce przesypywać ziemię w kwiatkach – daję jej coś do przesypywania, a jeśli chce wyciągać garnki z szafki – zabieram te, które się mogą potłuc i sobie wyciąga pozostałe. Mam przez chwilę bałagan, ale też święty spokój, a przecież prędzej czy później jej się to znudzi (i zacznie się coś innego).

A czy pozwalamy dziecku na wszystko? W zasadzie tak. Prawie wszystko, bym powiedziala. Granicą jest bezpieczeństwo. Ale też niekiedy moje samopoczucie. Dzisiaj do szału doprowadzał mnie dźwięk stukania pokrywkami o garnki, dlatego zaproponowałam w zamian rzadko udostępnianą atrakcję – pudełka z herbatami. Innym razem, gdy np. nie mam ochoty zbierać herbaty z podłogi, to proponuję te garnki.

Zastanawia mnie jeszcze to pozwalanie. Brzmi to dla mnie jak taka relacja przełożony – podwładny. A moja relacja z Żabiną taka nie jest. Raczej jest tak, że robimy różne rzeczy wspólnie. Albo zwyczajnie jej nie przeszkadzam w tym co ona robi.

Ale są rzeczy, któych zdecydowanie nie pozwalam. I znowu – to te, które dotyczą bezpieczeństwa, ale też ważnych dla mnie rzeczy – moich książek czy kwiatów. Ale nie mówię, że nie wolno. Bo ja sama nie rozumiem co to znaczy nie wolno – kto komu, czego dokładnie i z jakiego pwodu nie pozwala. I skoro nie to, to co? Więc raczej mówię: stój, zamknij szufladę, to jest gorące.

Jednak to, że zwykle robię albo daję dziecku to co ono chce, nie przeszkadzam w różnych aktywnościach, po których muszę posprzątać i nie mówię, że nie wolno, nie oznacza, że to dziecko jest w tej relacji w pozycji dominującej. Może dlatego, że to ja nie czuję się w pozycji podwładnego. Bo akceptuję to, że dziecko do wielu rzeczy potrzebuje pomocy rodzica i nie jest dla mnie problemem, że po raz setny sprzątam rozsypany ryż. Bo tak naprawdę to ja wybieram sprzątanie tego ryżu, bo mam przekonanie, że to przesypywanie jest rozwojowe dla dziecka. A ja mogę w tym czasie spokojnie wypić kawę 😉

Łatwe rodzicielstwo

Cudownie mi być Mamą. To jest taki kawałek, który daje mi wielkie spełnienie. Że czuję się w roli Mamy pewnie, z takiej pewności oparcia się o siebie, o moje wartości i o moje przekonania. I taka bardzo szczęśliwa.

Może to jest trochę tak, że przy naszej Żabinie łatwo jest się cieszyć macierzyństwem. Bo jest to „takie cudo” (opinia Cioteczki, a nie Matki ;), że jak by można było się nie cieszyć? No bo je dużo i chętnie, zasypia prawie natychmiast, gdy ją kładę, lubi kąpiele, współpracuje przy ubieraniu, bawi się sama zabawkami (a zwłaszcza nie-zabawkami), ogląda książęczki, żywo opowiada co się w okół niej dzieje, pomaga w pracach domowych – serio! Miesza sałatkę, wrzuca pokrojone warzywa do miski, wkłada pranie do pralki, a potem wiesza suche i ściąga mokre ;). Dziecko idealne. Spokojne. Grzeczne. Współpracujące.

A może jednak to jest tak, że to Żabinie jest łatwo z takimi rodzicami jak my? Że nie ma ciśnienia przy jedzeniu, że coś musi zjeść albo, że zjeść do końca, albo że szybko. Nie chce – nie je, chce coś innego – dostaje coś innego, chce przez 40 min rozgniatać palcem groszek – super! Nareszcie mogę wypić gorącą kawę. Że jak chce spać, to idziemy spać i nie próbuję jej uczyć samodzielnego zasypiania, że jak nie chce czegoś ubrać, to najwyraźniej coś jej w tym nie pasuje i nie ubieram. Że jak się bawi to jestem blisko i odpowiadam, gdy tego potrzebuje, podsuwam właśnie te nie-zabawki, gdy widzę, że chce coś wkładać, przekładać, przesypywać. Że zamiast wkurzać się na dziecko wiszące u nogi, gdy gotuję – zamówiłam u Dziadka Kitchen Helpera i teraz możemy gotować razem. Że zamiast wieszać pranie po nocy, dajemy sobie ten czas aby zrobić to razem. Czas, który najczęściej i tak trzeba by było dziecku poświęcić na wymyślanie różnych aktywności, noszenie, zagadywanie. I jeszcze, że jeśli płacze, to nie że wymusza, manipuluje, jest złośliwa. Zupełnie nie. Dla nas płacz jest ważnym sygnałem, przez który Żabcia chce nam powiedzieć o ważnych dla niej potrzebach. Że chce jeść, chce spać, że jej niewygodnie, że chce się wspiąć na kanapę i że z niej zejść. Bo jesteśmy przekonani, że jeśli teraz nauczymy ją tego, że w trudnej dla niej sytuacji może prosić o pomoc, to że za naście lat, w  takiej NAPRAWDĘ TRUDNEJ też się do nas zwróci. I jeszcze, że inwestujemy ten czas dzisiaj aby być może jutro Żabina była bardziej samodzielna, pewna siebie i swojej wartości.

Oczywiście nie mam pewności, że tak się stanie. Ale czy jest metoda wychowawcza, która dają taką pewność? OK John Watson, prekursor behawioryzmu, twierdził, że się da zrobić z dziecka kogo się chce. Mam jednak spore wątpliwości, że ten ktoś będzie samodzielny, myślący i znający swoją wartosć.

 

O mnie

Alicja Dzierżak

Trenerka, edukatorka, pracuje w duchu Rodzicielstwa Bliskości, opierając się o Porozumienie Bez Przemocy i Self-Reg.

Pomagam rodzicom w budowaniu więzi z dziećmi. Wzmacniam ich pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Wspieram w cieżkich chwilach i pomagam znaleźć rozwiązania, które nawet w  najtrudniejszych sytuacjach pozwalają zachować relację z dzieckiem.

Zawsze byłam otoczona dziećmi. Zawsze lubiłam spędzać z nimi czas i one mnie lubiły. Myślę, że je rozumiem 🙂 Jednak początkowo zdecydowałam sie na studia, które miały mi dać konkretny zawód. Poszłam na politechnikę. Już na trzecim roku wiedziałam jednak, że jeśli będę pracować w chemii to raczej jako menadżer zespołu.  Rozpoczęłam wiec studia na zarządzaniu. Pociagały mnie zajęcia o ludziach: psychologia, motywowanie, negocjowanie, zarządzanie zmianą. Lean Management też zainteresował mnie jako koncpecja, w której ważny był człowiek. Jednostka miała tam wpływ na swoją pracę i na pracę swojego zespołu. To na podyplomowych studiach Lean Management ktoś mi powiedział, że powinnam zostać trenerem. Jeszcze chwilę to trwało nim się zdecydowałam. Zresztą było mi bardzo dobrze tam, gdzie byłam – w energicznym start-upie z branży IT jako kierownik biura robiłam fajne rzeczy. Ostatecznie jednak moja chęć pomocy i wspierania innych ludzi w rozwoju zwyciężyła. Cenię sobie wysoką jakość w tym co robię, skonczyłam więc kolejną podyplomówkę – tym razem trenerską i jestem tu, gdzie mnie widzicie 🙂

Alicja

Lubiłam zadania domowe

Pamiętam jak w którymś z pierwszych dni szkoły przybiegłam do domu i w podekscytowaniu, nie zdejmując kurtki, wyciągałam z plecaka książki. Nareszcie! Zadanie domowe!

Chciałam iść do szkoły. NIe mogłam sie tego doczekać. I ta fascynacja szkołą, nauką, rozwojem nie minęła mi do dziś, pomimo niekiedy trudnych doświadczeń.

Raczej nie pamiętam jakiejś frustracji związanej z nadmiarem tych zadań. Nie pamiętam też aby mama jakoś szczególnie nas pilnowała. W ogóle nas nie pilnowała. Jeśli miałam problem z zadaniem z matmy to pomagała je wyliczyć. Tyle.

I zastanawiam skąd to tak. Te zadania domowe. Ten bunt rodziców i protesty. Owszem. Są badania, mówiące o tym, że zadania domowe są przereklamowane, jednak gdyby nie obarczały one rodziny TAK BARDZO, to były by problemem może nawet mało istotnym.

Dlaczego zatem obarczają? Czy jest ich jakoś więcej? Czy też to nam zależy aby były zrobione lepiej? Albo aby były w ogóle zrobione. Ja zawsze robilam zadania domowe. Nie jestem pewna czy mój brat też był taki skrupulatny. Ale to była nasza odpowiedzialność. I nasze konsekwencje.

Znam rodziców, którzy cały swój czas po pracy spedzaja z dzieckiem na odrabianiu prac domowych. Czas nie rzadko frustrujący, pełen przykrych słów, nakazów, zakazów, gróźb i przekupstwa. Czas, który należy do rodziny, czas na odpoczynek, zabawę i rozmowę. Czas, którego w pędzącym życiu jest tak mało pomiędzy przejazdami, zajęciami.

Tak sobie myśle, że to moje życie, w którym lubiłam zadania domowe nie było pędzące. Był to dla mnie full time Mindfulness. Z drogą do szkoły wśród pól ze zmieniającymi się porami roku.

NIe jeździliśmy na dodatkowe zajęcia muzyczne, sportowe, językowe. I może tutaj jest kolejny  kawałek odpowiedzi, której szukam. Jeśli chodzi o naukę to nikt od nas niczego nie oczekiwał. W wolnym czasie mogliśmy robić co chcieliśmy. Było tego wolnego czasu sporo mimo ogromu pracy w polu, ogrodzie. Ja dużo czytałam, brat lutował i wytrawiał jakieś magiczne dla mnie płytki. Wszyscy interesowaliśmy się wieloma rzeczami.  Myślę, że wtedy brakowało nam mądrego prowadzenia. I chyba dziś dzieciakom tego też brakuje. Wzmacniania ich w tym, w czym są dobre, ujawnianiu talentów, upewnieniu, że nie muszą być dobre we wszystkim, że nie o to chodzi aby w 100% zagospodarować ten wycinek kompetencji, które proponuje szkoła, ale ten który jest zgodny ze sobą.

I oczywiście, że chciałabym żeby moja córka uczyła się  języków, trenowała jakiś sport albo śpiew. Chciala bym jej dać to wszystko, czego ja nie miałam. Co z tego wybierze? Co jeśli NIC?

Chcę jej też dać to czego sama miałam pod dostatkiem: wolność i autonomię. Już dziś przygotowuję się na to by dać jej moją zgodę na NIC.

Pewna siebie czy urocza?

„Pani Ania jest doktorem habilitowanym i to ona najwięcej się narobiła przy całym wydarzeniu…wymyśliła koncepcję… pozyskała pieniądze…zaprosiła gości… dobrała tematy… czytała i segregowała abstrakty… pilnowała czy wszyscy zapłacili…  zamawiała katering. A podczas samej konferencji kierowała jednym z paneli… wygłosiła referat w innym panelu… wypisywała ludziom delegacje…przystawiała pieczątki… rozpatrywała reklamacje dotyczące rozlokowania gości w pokoju…”

Czytając ten fragment artykułu w Coachingu* wzbierała we mnie złość. Serio? Dziwi się, że podziękowano wszystkim profesorom, doktorom i uroczej pani Ani? Przecież jest uroczą panią Anią, która weźmie na siebie wszystkie zadania. Pewnie też sfrustrowaną panią Anią, która czuje się przytłoczona i niedoceniona. Panią Anią, która najbardziej haruje nie tylko przy organizacji konferencji, ale też godziny spędza w laboratorium albo nad publikacjami, przygotowuje prezentacje wspólnych wyników, za które koledzy zgarniają podziękowania i nagrody.

Czytam dalej – „Nawet jeśli kobieta ma status mistrza, oczekuje się od niej typowo męskich zachowań. Akademia nie punktuje współpracy ani empatyczności. Nagradzane są pewność siebie i polemiczny temperament”. Nie wiem na ile to prawda z tym polemicznym temperamentem – znam kilku profesorów raczej dość introwertycznych. Nie wierzę, że Akademia nie punktuje współpracy. Najlepsi uczeni XXw. Einstein z Bohrnem, Plank ze Schrodinngerem współpracowali ze sobą, wymieniali listy, spotykali się, inspirowali, a Eistein ze Skłodowską  – Curie, czy Heisenberg z Paulim blisko się przyjaźnili.

Jednak jeśli chodzi o typowo męskie zachowania takie jak pewność siebie, zapewne też asertywność to z jednej strony możemy się użalać nad sposobem w jaki wychowujemy nasze dziewczynki, a z drugiej same sobie to robimy (tak, ja też). Zamiast wziąć odpowiedzialność za siebie, za to co robimy to stoimy z  tyłu jak takie grzeczne dziewczynki, robimy wszystko co nam każą i domyślamy się nim jeszcze pomyśleli aby kazać i czekamy aż nas ktoś pogłaszcze po główce, doceni.

Nie doceni. Jeśli sama siebie nie docenisz, nie staniesz na własnych nogach, to nikt tego nie zrobi. I tak samo będzie w domu, w pracy na uczelni, w pracy w korporacji i w kółku różańcowym również.

A urocza pani Ania popełniła mnóstwo błędów, dzięki którym, w moim odczuciu zasłużyła sobie na to, że jest tylko uroczą panią Anią. Bo czy ona miała komu podziękować? Że musiała sama, bo nie potrafi delegować zadań? Czeka, że ktoś się domyśli? Ona sama zrobi wszystko najlepiej? Obawia się popełniać błędy, wiec lepiej żeby nikt nie widział? Nic odkrywczego. Typowy obraz kobiety w naszym kraju.

I tak. Trudno jest wyjść z tych schematów, które nam są wrysowywane od urodzenia. Trudno jest, zwłaszcza w typowo męskim środowisku, które oczekuje od Ciebie typowo kobiecej roli aby z tej roli wyjść. I tak, ważne jest aby o tych sprawach mówić. Ale przepraszam, nie poprzez biadolenie uroczej pani Ani jak to ona jest niedoceniana.

A więc jak? Proponuję zacząć od nabycia kilku kluczowych kompetencji związanych z komunikacją, asertywnością, współpracą, delegowaniem zadań. A potem konsekwentnie budować poczucie własnej wartości. Takiej prawdziwej wartości, a nie wartościowania siebie przez ilość wykonywanej pracy.

 

*Coaching (nr 5/2017) pt. „Lepka podłoga akademii”

 

Moja kruszynka pyskatą nastolatką?

„Ty nic nie rozumiesz! Kompletnie ci odwaliło! Nienawidzę cię!”.  Trzask drzwi, kopnięcie i tyle ją widzieli…

Scenariusz na tyle przykry, co możliwy, a nawet prawdopodobny. Trudno dziś uwierzyć patrząc jak Żabina słodko śpi w swoim łóżeczku, jak rozkosznie zajada się dynią czy z ufnością wtula w moje ramiona, że to może być ona za 15 lat.   Trudno przyjąć do wiadomości, wkładając w jej wychowanie tyle energii, czasu, serca, że któregoś dnia nie tyle nawet, że nas opuści, ale że zakwestionuje wszystko co robimy i mówimy.

Dlatego dla mnie wychowanie nie jest o tym co dzisiaj. Czy Żabina zjadła obiadek, czy zasypia w swoim łóżeczku, ile razy budzi się w nocy i dlaczego aż tyle. Dla mnie to o tym co będzie za te naście lat. O szacunku nie tylko do mnie i P. jako rodziców, ale przede wszystkim do siebie. O współdziałaniu, a nie tylko wykonywaniu kilku domowych obowiązków, o umiejętności budowaniu dobrych relacji i o wewnętrznej motywacji. I jeszcze o ciekawości i odwadze. I jeszcze kilka innych o…

Wszystkie działania, które podejmuję dzisiaj, podejmuję świadomie, biorąc pod uwagę tę właśnie perspektywę. I dotyczy to każdego niemal aspektu życia. Tego co Żabina je, jak je, gdzie śpi, jakie ma zabawki, ile tych zabawek, na co jej pozwalam, co robię kiedy jej nie pozwalam.

Czy zaprowadzi mnie to do oczekiwanego rezultatu? Nie wiem. Wychowanie dziecka to jeden wielki eksperyment, który tylko z grubsza możemy zaplanować. A na wynik tego eksperymentu mają bardzo duży wpływ warunki zewnętrzne, takie jak szkoła, rówieśnicy, inni ludzie, z którymi dziecko się spotyka. I kiedyś była to również telewizja, a obecnie poza tym medium, coraz szerzej dostępne technologie – dziś ze smartfonem na czele, jutro – nie wiadomo z czym.

Możemy się mądrzyć, że powinno się jakoś albo, że moje dzieci to ja inaczej. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że inną nastolatką byłam ja naście lat temu, inne są te nastolatki, które się wtedy narodziły i całkowicie inna będzie moja nastolatka za te naście lat.

Żyjemy w okresie ogromnej zmiany kulturowej. W czasie, gdy tradycyjne metody wychowawcze oparte na karach i lęku zamieniamy na bardziej liberalne i ponosimy tego konsekwencje m.in. w postaci pyskujących nastolatków. Naście lat temu bym nie powiedziała do rodzica „Ty idioto”. Ale jeszcze pamiętam mój burzliwy okres dorastania (a jeśli zapomnę, to jestem w posiadaniu dość kompromitujących pamiętników z tego okresu) i mimo, że nie śmiałam odezwać się w  taki sposób do moich rodziców, zdarzało mi się tak przecież myśleć. A dzisiejszy nastolatek często co myśli to mówi. Albo nawet może wcale tak nie myśli, ale mówi, bo się właśnie wkurzył i właśnie w taki sposób odreagowuje złość.

I jasne, że tego nie chcemy. Że chcemy mieć z naszymi dziećmi dobrą relację. I chociaż recepty na to nie mam, jedno jest dla mnie pewne – kiedy już dziecko wejdzie w ten burzliwy okres, jest już za późno na wychowanie. Możemy więc darować sobie gderanie, narzekanie, docinki i kazania, a postawić raczej na słuchanie, zrozumienie, towarzyszenie.

 

Nie usypiaj na rękach, bo się przyzwyczai

Nasłuchaliśmy się bardzo różnych komentarzy odnośnie usypiania dziecka na rękach. Począwszy od tego, że dzieciaka rozpuścimy aż po sugestie, że dajemy się dziecku manipulować.

Ale właściwie w czym problem? Dlaczego to źle, że się przyzwyczai? Że będę musiała nosić Żabinę na rękach w środku nocy?

A co jeśli to nie dlatego trzeba je nosić na rękach w nocy, że się przyzwyczaiło, ale dlatego, że rodzic jest sfrustrowany tym, że dziecko samo nie zasypia i musi je nosić na rękach?

A co się stanie jeśli odpuścisz?

Dr Sears w „Księdze rodzicielstwa bliskości pisze”[1],  że jeśli nie damy dziecku wystarczająco bliskości na początku, to o no się o nią i tak upomni. I znam mamy, które wierząc w teorię nieprzyzwyczajania odmawiały i dziecku i sobie tego komfortu bliskości, by po pół roku jednak zacząć dziecko nosić, bo się tego silnie domagało. Dlatego też postanowiłam zainwestować w przyszłość i usypiać moje dziecko na rękach.

Tym bardziej, że obietnice Rodzicielstwa bliskości są silnie wspierane przez  badania nad przywiązaniem [2][3]. Okazuje się, że dzieci, które były zaopiekowane we wczesnym niemowlęctwie, a więc m.in. noszono je na rękach i bez zbędnej zwłoki odpowiadano na ich płacz, tworzą ze swoim opiekunem bezpieczną więź. Skutkuje to między innymi tym, że dziecko ma wysokie poczucie bezpieczeństwa, dzięki czemu chętnie eksploruje świat i jest bardziej otwarte. Szybciej też uspokaja się po nieprzyjemnych zdarzeniach, a co  świadczy o tym, że dziecko uczy się regulowania swoich stanów wewnętrznych. A w regulowaniu stanów wewnętrznych uczestniczy kortyzol, o którego toksycznym oddziaływaniu na układ nerwowy dziecka dużo się ostatnio mówi w kontekście odczuwania stresu przez kobiety ciężarne czy też pozostawiania dziecka do wypłakania się (o czym jeszcze będę szerzej pisać). Tak więc w trosce o prawidłowy rozwój mózgu Żabiny chcę zadbać o to, by miała stosunkowo niski poziom kortyzolu i własnie dlatego noszę ją na rękach.

No i się przyzwyczaiła. I dobrze. Bo jak się okazało – niesamowicie ułatwia nam to życie. Czy to w samochodzie, gdy ciągniemy dziecko na drugi koniec Polski, w pociągu, w samolocie, w przyczepie kempingowej, u cioci, wujka, w hotelu czy na grillu – nie mamy żadnych (większych) problemów z usypianiem Żabiny. Kiedy jest już pora na sen, bierzemy dziecko na ręce, przytulamy, ponosimy i… śpi. I wszyscy w koło się dziwią, że jak to? Już? Tak od razu zasnęła? Nie potrzebujemy żadnych przytulanek, kołysanek, własnych poduszek, spacerów wózkiem w deszczowy dzień czy kilometrów samochodem dookoła osiedla. Wystarczy, że jest Mama albo Tata i jest wszystko czego dziecku do szczęścia potrzeba.

Oczywiście zdarza się, że zasnąć nie może i nosimy. Plecy bolą, ręce bolą, a dziecko nie śpi. Ale chyba każdy rodzic ma w swoim życiu takie chwile 😉 My wspomagamy się wtedy chustą. Albo drugim Rodzicem 😉

I tak patrzę, na tą moją  Żabinkę, która już chętniej zasypia w swoim łóżeczku. I tak trochę mi żal, że jest coraz bardziej samodzielna i, że już niedługo nie będzie trzeba jej nosić na rękach. I trochę się boję jak my ją wtedy ogarniemy.

 

[1] William Sears „Księga rodzicielstwa bliskości”.
[2] Daniel Siegel „Świadome rodzicielstwo”.
[3] Sue Gerhard „Znaczenie miłości”.

Bajka o łzach czarownicy

Dawno dawno temu, za górami i bagnami, w małej wiosce na skraju Starego Lasu żyła sobie Zuzanna, która marzyła o tym by zostać czarownicą. Mieszkańcy wioski śmiali się z niej, mówiąc, że to niemożliwe aby ktoś z ich wioski w ogóle został przyjęty do Wielkiej Wiedźmy na naukę. Ale sama nauka to jeszcze nic! Nawet dzieci wiedzą, że każda adeptka czarownica musi na koniec zdać BARDZO TRUDNY EGZAMIN i od ponad stu lat nikomu się to nie udało.

Mimo to Zuzanna postanowiła spróbować. Pewnego dnia spakowała cały swój dobytek i ruszyła do Starego Lasu na poszukiwanie Wielkiej Wiedźmy. Szła, szła i szła. Zaczął zapadać zmierzch. Jednak wiedziała, że nie ma już odwrotu. I tak nie potrafiła by już trafić z powrotem do swojej wioski. Na szczęście w oddali ujrzała migocące światełko, jak by świeczki w oknie. Poszła w tamtą stronę i nagle znalazła się na zalanej księżycem polanie, na której stał mały pobielany domek.

Zuzanna z trudem otworzyła stare ciężkie drzwi i weszła do środka. W wielkiej izbie na fotelu siedziała kobieta około pięćdziesięcioletnia i patrzyła w ogień. Gdy Zuzanna weszła, kobieta wstała wypełniając sobą cały pokój i rzekła: „Nareszcie jesteś. Czekałam na Ciebie”.

Nauka u Wielkiej Wiedźmy nie była łatwa. Zuzanna musiała zmagać się z jej humorami, dąsami i złośliwymi komentarzami. Ale zacisnęła zęby gotowa nauczyć się jak najwięcej.

Nadszedł wreszcie Dzień Egzaminu. Zuzanna starannie się do niego przygotowała. Chciała wypaść jak najlepiej przed Szanowną Komisją, w której oprócz Wielkiej Wiedźmy zasiadał Mag zza Siódmej Góry oraz Wiedźma z Nizin.

Zadaniem Zuzanny było sporządzenie mikstury, która pozwala rozumieć mowę zwierząt. Zuzanna była pewna, że sobie doskonale poradzi. Przecież uwielbiała tworzyć mikstury. Do wrzącego oleju wrzuciła pędy tataraku, sproszkowany język żmii i szczyptę popiołu z feniksa. Wypowiedziała zaklęcie, zamieszała w kotle. I… nic. Lekko zdezorientowana Zuzanna spojrzała w kocioł, potem na Szanowną Komisję i znowu w kocioł.

W tym momencie usłyszała chrząknięcie Maga zza Siódmej Góry i poczuła na sobie pełne współczucia spojrzenie Wiedźmy z Nizin. Natomiast  Wielka Wiedźma uniosła się zza stołu i z rechotem powiedziała: „Nigdy nie zostaniesz czarownicą!”
Zuzanna z płaczem wybiegła z Wielkiej Sali. W progu natknęła się na Wiedźmę z Nizin, która wcisnęła jej do ręki kryształowy flakonik mówiąc: „Zbierz tutaj swoje łzy. Łzy czarownicy mają wielką moc”. Zuzanna szlochając odparła: „Ale ja nie jestem czarownicą”. Na co Wiedźma z Nizin odparła: „Ależ jesteś. Musisz tylko w to uwierzyć”.

Zuzanna wróciła do swojej wioski na skraju Starego Lasu. O dziwo nikt jej nie wyśmiał. Z ostrożności. W końcu praktykowała u Wielkiej Wiedźmy i mimo, że nie została czarownicą, to może jednak czegoś się tam nauczyła. I faktycznie. Nauczyła się. Wykorzystywała swoją wiedzę do leczenia ludzi i zwierząt, a  co roku na wiosnę szła na pola rzucając zaklęcia aby plony dobrze obradzały.

Po kilku latach, szukając maści na bóle pleców dla Starej Zochy, Zuzanna znalazła kryształowy flakonik. Wzięła go do ręki i uniosła pod światło. Jej łzy mieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Zuzanna pomyślała, że właściwie, to ona jest już czarownicą.  Leczy ludzi i zwierzęta i dba o dobre plony dla swojej wioski. Czyli robi to co zawsze chciała robić jako czarownica. Wzięła głęboki wdech i zawołała: „Wielka Wiedźmo! Wiem, że mnie słyszysz! Przyjdź do mnie!”. W powietrzu zaszumiało i pokój wypełniła sylwetka Wielkiej Wiedźmy.

Zuzanna po raz pierwszy w życiu spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała: „Nie wiem jakich sztuczek użyłaś, że nie zdałam egzaminu. Nie obchodzi mnie to. Ty też mnie nie obchodzisz. Mogę być czarownicą bez twojej zgody i bez twojego egzaminu”. Po czym otworzyła kryształowy flakonik i chlusnęła jego zawartością prosto w twarz Wielkiej Wiedźmy. Wielka Wiedźma zasyczała z bólu. A Zuzanna patrzyła na nią, jak nagle zaczęła się kurczyć i kurczyć. Już nie wypełniała sobą całej izby, ale stała się malutką, pomarszczoną staruszką, która z trudem utrzymywała się na nogach.

Od tego dnia już nikt nie słyszał o Wielkiej Wiedźmie, za to sława Zuzanny roznosiła się po okolicy i przychodziło do niej coraz więcej ludzi aby pomogła im w ich problemach.

————————————————————————————————————————-

A jaka jest Twoja opowieść?