Miesięczne archiwum: Wrzesień 2016

Optymalizacja procesów na wakacjach

W naszym obecnym trybie podróżowania, gdzie składamy i rozkładamy się na kempingu co 1-2 noce, kluczowym zagadnieniem jest jak to robić aby zajmowało mniej czasu. Początkowo wiadomo – trzeba się było trochę przyzwyczaić, znaleźć miejsce w przyczepie na różne rzeczy. Coś poprzekładać. Jednak po pewnym czasie proces staje się dość powtarzalny. I… długi. Postawienie przyczepy to jeszcze nic. 20 minut, jeśli P. od razu dobrze zaparkuje (a jest w  tym mistrzem! Niderlandzcy emeryci podziwiali). Natomiast, jeśli chodzi o składanie się z biwakiem to już większy kłopot. 45 minut!

Zadania same się podzieliły mniej więcej – wiadomo, ze nie będę targać w ciąży zbiorników z wodą;) także ja ogarniam wnętrze, a P. zewnętrze. Czyli ja naczynia, zabezpieczenie rzeczy, zamykanie okien, przekąski na drogę,  a P. prąd, woda, zaczepianie przyczepy.

Wąskim gardłem okazuje się… mycie naczyń. Próbowaliśmy na różne sposoby. Jeśli ja myłam, to się nie wyrabiałam, jeśli mył P. to potem ja czekałam na niego. W końcu jest tak, że w dniu odjazdu (czyli teraz codziennie) śniadanie jemy szybko i mało wymyślne. Jajecznica, parówki lub wymyślne surówki tylko na dłuższych postojach.  Dbamy tez o to aby te z  poprzedniego dnia były umyte wieczorem i rano było minimum. Dobrym pomysłem jest mycie naczyń razem. Omawiamy przy tym plan dnia i wszyscy są zadowoleni.

Czy udało się skrócić czas składnia przyczepy do założonych 30 minut? Myślę, że tak, ale trudno powiedzieć. Bo jak już szło sprawnie to zawsze wypadło coś nieoczekiwanego. A teraz to już nie ma co mierzyć, bo na noclegi w tranzycie wykorzystujemy aires (hiszp.) – czyli darmowe miejsca postojowe dla kamperów (nikt się nie czepiał, że przyczepą), na których nie ma infrastruktury, więc rozkładamy się minimalnie i niekoniecznie komfortowo.

Wracamy!

Zaskakująco szybko minął ten czas. Czas odmierzany kilometrami, kempingami, odwiedzonymi miejscami i… zjedzonymi witaminami 🙂

Ruszamy w drogę powrotną. Tym razem wiedząc i wierząc w to, że potrwa ona 5 dni. Wcale mi się nie wydaje, że to długo. Wiem już, że jakoś to minie. Tym bardziej, że po tylu przejechanych kilometrach nie mam już problemu z czytaniem w samochodzie.

Zadziwia mnie brak emocji wokół tego powrotu. Ani nie jest mi żal, że już wracamy, ani nie odczuwam z tego powodu wielkiej euforii. Czyżby oznaczało to, że jest to czas odpowiedni?

Jeszcze tylko kilka noclegów, kilka przypadkowych miejscowości, zakupy we francuskim lub niemieckim markecie. I spokój drogi – szerokiej i jednostajnej autostrady, ale też urokliwej szosy wijącej się pośród pól i miasteczek.

Trochę tak jak mała drzemka przed całkowitym przebudzeniem. 10 minutek w półśnie przed wyzwaniami kolejnego dnia. A będzie tych wyzwań!

Camino de Santiago

Jakiś czas temu zamarzyłam sobie, że pójdę kiedyś drogą do Santiago de Campostela. Dlatego, że to musi być niezwykłe przeżycie tak iść samemu, albo i nie samemu, ale z samym sobą. Idąc samą tylko drogą francuską jest to ok. 800 km – coś jak 1 miesiąc wędrówki. Długo. Ale amatorów takiej wyprawy nie brakuje. W ostatnich latach trasa przyciąga coraz więcej pielgrzymów (ponad 200 tys. rocznie!), chcących dotrzeć może nawet nie tyle do Santiago co do własnego wnętrza.

Planując nasz wyjazd do Hiszpanii wcale nie myślałam o tym, że Santiago znajduje się w części Hiszpanii, którą zamierzamy odwiedzić. Nie zmieniam od razu marzeń w plany. Jakoś tak się dzieje, ze jak zaczynam o czymś marzyć to to się jakoś potem dzieje. Takie samo spełniające się proroctwo, tylko, że w ta dobrą stronę. Gdzieś tam w podświadomości pomysł pracuje i dążymy do jego spełnienia.

Chociaż tym razem, przeglądając mapy przed wyjazdem zaskoczyłam się trochę, że Santiago leży właśnie w Galicji, jednak zdecydowaliśmy, że to będzie jakiś taki dobry kierunek, a może nawet cel tej podróży. Ale podróż bez dokładnych planów ma taki swój urok, że można się naprawdę zdziwić.  Niemal od przybycia do  Hiszpanii wciąż mijamy się z Camino de Santiago. Byliśmy w Pamplonie, Puenta la Reina, Estelli. Po drodze trafialiśmy, często przypadkiem, na sanktuaria czy klasztory, o które również zahaczają pielgrzymi. Nasz drugi oprócz Santiago cel – koniec Europy Finsterra również okazał się ostatnim kilometrem Camino, gdzie dążyli pielgrzymi jeszcze te 90 km już po dotarciu do celu aby będąc tak blisko, zobaczyć koniec ziemi.

Później samo Santiago. Takie trochę deszczowe i w remoncie. Nie udało nam się zobaczyć słynnego Portyku Chwały. Pewnie dobrze. Pozostał jakiś niedosyt i może pretekst do przejścia tej drogi. Jadąc przez Galicję do Leonu jedziemy praktycznie wzdłuż Camino. Po drodze O Cebreiro, bo była chwila czasu. Bardzo ważne miejsce dla pielgrzymów, gdzie w XIIIw. miał dokonać się cud eucharystyczny. Dalej Leon i Burgos. A jutro zataczamy kółeczko gdzieś w Kraju Basków tym samym domykając też Drogę.

Co nie zmienia faktu, że nadal będę chciała ją przejść. Może całą europejska drogę? Od Olsztyna? Do czasu gdy się wybiorę to pewnie już cały szlak będzie odtworzony. Bo, że marzy mi się taka droga, to nie znaczy, że teraz zaraz i już muszę to marzenie zrealizować. Teraz mam przed sobą inne wyzwania, a to pozostawię sobie na taki moment w życiu, gdy będę tej drogi potrzebowała również do ponownego odnalezienie siebie.

Koniec świata

Tutejszy koniec świata to Finisterra. Byliśmy już w podobnym miejscu w Kornwalii – tam jest to Lands End. Z kolei w Portugalii znajduje się Cabo de Roca, który jest faktycznie końcem Europy. W średniowieczu to jednak Finisterra uchodziła za koniec świata i to jeszcze tutaj docierali pielgrzymi idący do Santiago de Compostela, by zakończyć swą pielgrzymkę w tym tajemniczym miejscu, gdzie ziemia kończy się stromą ścianą, a w dole pienni się ocean. Dalej nie było już nic poza otchłanią, w której znikało słońce.

Dziś, mimo że wiemy, że za Atlantykiem jest kolejny ląd, takie końce świata nadal mają w sobie coś pociągającego. Ogrom oceanu, kruchość ludzkiego życia, zmaganie się z losem. Ta przestrzeń zmusza do zatrzymania się. Można tak siedzieć na skale i patrzeć w dal. A może raczej w głąb – dotrzeć do swojego wnętrza i zmierzyć się ze swoimi lękami, dotrzeć do skrywanych potrzeb, odkryć do czego tęsknimy.

Ocean przede mną to zarówno wolność jak i ograniczenie. Wolność w bezkresie oceanu. Ograniczenie, bo nie ogarnę, nie przepłynę – dla mnie droga kończy się na tym końcu ziemi i mogę albo wrócić, albo wybrać inny koniec. Inny cel i dalej do niego dążyć.

 

Pokochać sztukę

W muzeach i galeriach sztuki zakochałam się podczas naszych wypadów do krajów, w których nie ma zbyt dużo do odwiedzenia. Czasami szliśmy do jakiegoś muzeum dywanów dla zabicia czasu albo dlatego, że padał akurat deszcz. W takich miejscach często nie ma za dużo eksponatów, a ma się sporo czasu. Dlatego z uwagą przyglądaliśmy się detalom czy też technice wykonania dzieła.

Przełomowa dla mnie była wizyta w niewielkiej galerii sztuki w Baku. Nie wiem czy były tam jakieś wybitne, światowej sławy dzieła. W pamięci mam tylko jeden obraz, powstały w mało atrakcyjnym dla artystów okresie rządów sowieckich. Obraz jest duży, namalowany na zwykłym kartonie, na którym grubymi warstwami nałożona jest farba olejna – taka do malowania kaloryferów. Przedstawia twarz kobiety, w taki sposób jak na plakatach z lat 80-tych. Farba gdzieniegdzie łuszczy się i odchodzi. Urzekł mnie sposób malowania. Kilkoma grubymi pociągnięciami namalowano twarz, a warstwy farby stwarzają wrażenie trójwymiarowości.

Kolejną zatem naszą destynacją była Florencja – właśnie ze względu na muzea i sztukę w ogóle. Staliśmy się ekspertami w rozpoznawaniu świętych po ich atrybutach i znawcami malarstwa średniowiecznego. Odkryłam też, że moimi ulubionymi epokami w malarstwie jest renesans i barok. Dokładność, ale też dramatyzm. I te grube pociągnięcia farby.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Muzeum Gugenheima, Bilbao

Będąc w Bilbao nie sposób jednak ominąć muzeum Gugenheima. Obejrzeliśmy architektoniczne cacko i poszliśmy oglądać sztukę współczesną. Na szczęście z audioguidem. I na szczęście audioguide był naprawdę dobrze zrobiony. O kilku bazgrołach na ścianie opowiadano po kilka minut, wplatając wypowiedzi artysty. Dzięki temu może nie tyle że pokocham malarstwo współczesne, ale przynajmniej zaczynam rozumieć o co chodzi. Lubię sztukę nowoczesną kiedy mnie zaskakuje. Znalazłam w muzeum Gugenheima kilka takich obrazów.

Jednak prawdziwa niespodzianka czekała nas w Museo de Bellas Artes. Na wystawie czasowej przedstawiono rzeźby wykonane dzięki zastosowaniu super nowej technologii;) , dzięki której postacie wyglądały jak prawdziwe. Dodatkowo pomysłowo zastosowane. To tak. To jest super.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Starość i młodość. Początek i koniec

I kolejna odsłona sztuki współczesnej – Malowany Las Oma. Drzewa pomalowane tak, że dopiero patrząc z odpowiedniego miejsca widzimy całość kompozycji. Będąc w tym lesie jesteśmy jak by wewnątrz kompozycji, malowane drzewa otaczają nas ze wszystkich stron, a my jesteśmy odkrywcami szukającymi znaczenia tej przestrzeni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Poskładaj mnie
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Dwa kroki w bok

Wypalenie turystyczne?

Tak się właśnie czuję po tygodniu zwiedzania, spacerowania, odwiedzania, oglądania.

Widzieliśmy już chyba z tuzin pięknych baskijskich i kantabryjskich wiosek. Cudownie uroczych, ale też bardzo zwyczajnych. Cichych i spokojnych oraz tych gwarnych i tłocznych. Z domkami o ścianach bielonych lub kamiennych, czerwonych dachach, ukwieconych balkonach. Tych wciśniętych w nowoczesne dzielnice i tych zupełnie nie tkniętych cywilizacją.

Drugie tyle kościołów. Pięknych, ale też zwyczajnych. Majestatycznych i niepozornych. Romańskich i barokowych. Z ołtarzami, figurami, portalami.

Moje wypalenie turystyczne dopadło mnie dziś całkowicie znienacka, po miłej połowie dnia, spędzonej na leniwej(?!) wycieczce po Picas de Europa, na które wjechaliśmy kolejką i w ten sam sposób wróciliśmy. Całkowicie na leniwca. Na szczycie spacerek i gapienie się w góry. A w drodze powrotnej postanowiliśmy wjechać do kolejnej opisywanej w przewodniku wioski. Że niby wioska pięknie położona u stóp gór. Rozejrzeliśmy się, pospacerowaliśmy. Są domki, są dwie uliczki, jest kościółek. Wioska jak wioska. Zdjęcie, dwa dla zasady i jedziemy dalej.

I dzień jak każdy inny, wypełniony zwiedzaniem, pośpiechem i trochę rozczarowaniem, że nie do końca o to chodzi. Na szczęście nie mamy już za bardzo planu na dalszą część wyjazdu. Nie trzeba się spieszyć, realizować, pilnować.  Jest jakiś ogólny zarys, jakiś cel w oddali, którego wcale nie musimy osiągnąć.

Chociaż nie. Jest przecież plan, który przyświecał nam od początku wyjazdu – chcemy przecież odpocząć, poczuć klimat Hiszpanii, poobserwować ludzi. I to jest dobry plan.

Wakacje w kurorcie?

San Sebastian – największa miejscowość wypoczynkowa na tym wybrzeżu. Najlepsza kuchnia – mają tu najwięcej knajpek z największą liczbą gwiazdek Michellin. Podobno. My tego nie sprawdziliśmy, mimo że bardzo zależało nam na zjedzeniu kolacji właśnie tutaj. Ale szukaliśmy cichej knajpki w ładnym otoczeniu. Okazało się, że w tym mieście są to zbyt wygórowane wymagania.
Ilość ludzi na ulicach i poziom hałasu przywodzi mi na myśl Indie. Jeszcze jak rozdzwoniły się dzwony w kościołach to już dejavu. Ale też w jakiś sposób San Sebastian przypomina mi Baku. Również jest to miasto nad zatoką. Budynki z XIX wieku, wystawy drogich sklepów. Chociaż w Baku było to wszystko bogatsze, większe, a za drzwiami luksusowych sklepów stali portierzy by otworzyć je przed wchodzącymi klientami. Może nie przed nami, bo my w trekach i z plecakami w ogóle nie przypominamy amatorów Chanell czy Diora.
Tym razem wyglądamy nieco porządniej niż zwykle, ale nadal naszym celem nie są zakupy, tylko chłonięcie atmosfery miejsca. Atmosfera San Sebastian okazała się jednak dla nas mało przyjazna i wybraliśmy mało wykwintną kolację przygotowaną w przyczepie w ustronnym kempingu.
Widząc (i słysząc) tłum turystów młodszych, starszych, różnych już przecież po głównym sezonie, zastanawiałam się jak można wypoczywać w miejscowości „wypoczynkowej”. Ale może to wcale nie chodzi o wypoczynek? Co jest celem ludzi jadących na wakacje w takie czy inne miejsce? Chwila wytchnienia, beztroski, zabawy na którą pracujemy cały rok. A może moda? Chęć pokazania na Facebooku, że byliśmy właśnie TAM i dlatego jesteśmy FAJNI. Albo chęć spędzenia czasu w taki sposób w jaki się lubi, ale codziennie nie można sobie na to pozwolić?
Przecież nasze wakacje dla niejednego to też nie jest wypoczynek. To raczej ogromny trud. Wysiłek fizyczny – dużo chodzenia, dźwiganie plecaka, sporo godzin w środkach lokomocji. Dla mnie to też ogromna praca nad sobą. Poznawanie swoich granic i często przekraczanie ich. Począwszy od bariery językowej – musisz się dogadać z kimś z innej kultury, kto dziwi się, ze chcesz croissanta z kawą w porze lunchu ;), ale też niejednokrotnie trzeba wrócić z daleka do noclegu, nie da się zjeść gdy się jest głodnym, bo albo siesta, albo – jak w Kornwalii wszystko zamknięte po 20:00. To uczenie się zwyczajów innych ludzi i ich stylu życia na własnej skórze.
To może dobra lekcja przed tym jak nasz świat będzie się musiał dopasować do innego człowieka już za kilka miesięcy 🙂

Podróż to lekcja pokory

… A ja jestem wyjątkowo mało pojętnym uczniem w tym zakresie.

Za każdym razem na nowo muszę się uczyć, że nie wszystko będzie przebiegało tak, jak to sobie umyśliłam.

Jakie 6 dni do Hiszpanii?? Nie więcej niż 4! Przecież wzięłam pod uwagę, że z przyczepą to wolniej i. że z brzuszkiem to przerwa co dwie godziny.

A więc, pierwsze założenie – w dwa dni do Belgii. Dało by się gdybyśmy nie wyjechali z obsuwą i jeszcze gdyby nie ten gigantyczny korek pod Magdeburgiem – słoma zawaliła całą autostradę – przecież się zdarza, prawda?

Kolejna przygoda – chcemy ruszać z parkingu, a tu nie da rady – przyczepowa lodówka wyładowała akumulator. I zaś obsuwa – na szczęście są na parkingach TIRowcy ze Słowiańskich krajów, którzy mają w swoich zestawach podróżnych klemy i chętnie poratują.

Ostatecznie Belgia była dopiero po trzech dniach, a ja siedzę teraz piątego dnia podróży we Francji niedaleko Bordeaux. Jutro, jak dobrze pójdzie dotrzemy gdzieś w okolice San Sebastian – czyli jednak sześć! I P. jak zwykle miał rację J

A ja spokorniałam dopiero tego trzeciego dnia, tracąc powoli nadzieję na dotarcie do kolejnego pośredniego celu. I wtedy właśnie zaczęłam cieszyć się tą podróżą zamiast denerwować, że wszystko nie idzie po mojej myśli i wściekać się o każdą rzecz.

Dostrzegłam też uroki dotychczasowej podróży. Przecież gdyby nie konieczność przerw co dwie godziny nie zawitalibyśmy do Płotów, uroczego miasteczka z dwoma pięknymi pałacami i jeszcze to małe niemieckie miasteczko koło Dortmundu z marketem z polsko-rosyjskim asortymentem, wyglądający jak każdy inny market. I jeszcze te kilka miasteczek belgijskich i francuskich, obok których przejeżdża się obojętnie autostradą, a my wjechaliśmy do nich, bo obowiązkowy spacer przyjemniejszy niż po stacji benzynowej.

Po raz kolejny przypomina mi się, że „niczego nie zakładaj, wszystkiego się spodziewaj”. I tak właśnie teraz idziemy na niespodziewaną wycieczkę nocą po naszym kempingowym miasteczku.