Archiwum kategorii: Droga do Radosnego Rodzicielstwa

Ale jak jej na wszystko pozwalacie, to jak?

U nas to jest tak, że jak dziecko chce wchodzić po schodach, to wchodzimy po schodach. Góra -dół, góra-dół. Do znudzenia. A co jak już mi się znudzi? Wchodzę jeszcze parę razy i dopiero wtedy próbuję magicznych sztuczek z odwracaniem uwagi. Jest duża szansa, że dziecko już wysyciło swoją potrzebę związaną z tymi schodami i chętnie zacznie robić coś innego. Czyli, że wchodzę na te schody, bo dzieciak tak chce? Tak. I dlatego, że ja tego chcę. A chcę tego dlatego, że jestem leniwa. Zwyczajnie nie chce mi się biegać zawsze za dzieckiem i uważać żeby sobie krzywdy nie zrobiło albo grzebało mi gdzieś, gdzie nie chcę aby grzebało. Jeśli więc chce chodzić po schodach to chodzimy i uczymy jak to robić. A gdy chce przesypywać ziemię w kwiatkach – daję jej coś do przesypywania, a jeśli chce wyciągać garnki z szafki – zabieram te, które się mogą potłuc i sobie wyciąga pozostałe. Mam przez chwilę bałagan, ale też święty spokój, a przecież prędzej czy później jej się to znudzi (i zacznie się coś innego).

A czy pozwalamy dziecku na wszystko? W zasadzie tak. Prawie wszystko, bym powiedziala. Granicą jest bezpieczeństwo. Ale też niekiedy moje samopoczucie. Dzisiaj do szału doprowadzał mnie dźwięk stukania pokrywkami o garnki, dlatego zaproponowałam w zamian rzadko udostępnianą atrakcję – pudełka z herbatami. Innym razem, gdy np. nie mam ochoty zbierać herbaty z podłogi, to proponuję te garnki.

Zastanawia mnie jeszcze to pozwalanie. Brzmi to dla mnie jak taka relacja przełożony – podwładny. A moja relacja z Żabiną taka nie jest. Raczej jest tak, że robimy różne rzeczy wspólnie. Albo zwyczajnie jej nie przeszkadzam w tym co ona robi.

Ale są rzeczy, któych zdecydowanie nie pozwalam. I znowu – to te, które dotyczą bezpieczeństwa, ale też ważnych dla mnie rzeczy – moich książek czy kwiatów. Ale nie mówię, że nie wolno. Bo ja sama nie rozumiem co to znaczy nie wolno – kto komu, czego dokładnie i z jakiego pwodu nie pozwala. I skoro nie to, to co? Więc raczej mówię: stój, zamknij szufladę, to jest gorące.

Jednak to, że zwykle robię albo daję dziecku to co ono chce, nie przeszkadzam w różnych aktywnościach, po których muszę posprzątać i nie mówię, że nie wolno, nie oznacza, że to dziecko jest w tej relacji w pozycji dominującej. Może dlatego, że to ja nie czuję się w pozycji podwładnego. Bo akceptuję to, że dziecko do wielu rzeczy potrzebuje pomocy rodzica i nie jest dla mnie problemem, że po raz setny sprzątam rozsypany ryż. Bo tak naprawdę to ja wybieram sprzątanie tego ryżu, bo mam przekonanie, że to przesypywanie jest rozwojowe dla dziecka. A ja mogę w tym czasie spokojnie wypić kawę 😉

Łatwe rodzicielstwo

Cudownie mi być Mamą. To jest taki kawałek, który daje mi wielkie spełnienie. Że czuję się w roli Mamy pewnie, z takiej pewności oparcia się o siebie, o moje wartości i o moje przekonania. I taka bardzo szczęśliwa.

Może to jest trochę tak, że przy naszej Żabinie łatwo jest się cieszyć macierzyństwem. Bo jest to „takie cudo” (opinia Cioteczki, a nie Matki ;), że jak by można było się nie cieszyć? No bo je dużo i chętnie, zasypia prawie natychmiast, gdy ją kładę, lubi kąpiele, współpracuje przy ubieraniu, bawi się sama zabawkami (a zwłaszcza nie-zabawkami), ogląda książęczki, żywo opowiada co się w okół niej dzieje, pomaga w pracach domowych – serio! Miesza sałatkę, wrzuca pokrojone warzywa do miski, wkłada pranie do pralki, a potem wiesza suche i ściąga mokre ;). Dziecko idealne. Spokojne. Grzeczne. Współpracujące.

A może jednak to jest tak, że to Żabinie jest łatwo z takimi rodzicami jak my? Że nie ma ciśnienia przy jedzeniu, że coś musi zjeść albo, że zjeść do końca, albo że szybko. Nie chce – nie je, chce coś innego – dostaje coś innego, chce przez 40 min rozgniatać palcem groszek – super! Nareszcie mogę wypić gorącą kawę. Że jak chce spać, to idziemy spać i nie próbuję jej uczyć samodzielnego zasypiania, że jak nie chce czegoś ubrać, to najwyraźniej coś jej w tym nie pasuje i nie ubieram. Że jak się bawi to jestem blisko i odpowiadam, gdy tego potrzebuje, podsuwam właśnie te nie-zabawki, gdy widzę, że chce coś wkładać, przekładać, przesypywać. Że zamiast wkurzać się na dziecko wiszące u nogi, gdy gotuję – zamówiłam u Dziadka Kitchen Helpera i teraz możemy gotować razem. Że zamiast wieszać pranie po nocy, dajemy sobie ten czas aby zrobić to razem. Czas, który najczęściej i tak trzeba by było dziecku poświęcić na wymyślanie różnych aktywności, noszenie, zagadywanie. I jeszcze, że jeśli płacze, to nie że wymusza, manipuluje, jest złośliwa. Zupełnie nie. Dla nas płacz jest ważnym sygnałem, przez który Żabcia chce nam powiedzieć o ważnych dla niej potrzebach. Że chce jeść, chce spać, że jej niewygodnie, że chce się wspiąć na kanapę i że z niej zejść. Bo jesteśmy przekonani, że jeśli teraz nauczymy ją tego, że w trudnej dla niej sytuacji może prosić o pomoc, to że za naście lat, w  takiej NAPRAWDĘ TRUDNEJ też się do nas zwróci. I jeszcze, że inwestujemy ten czas dzisiaj aby być może jutro Żabina była bardziej samodzielna, pewna siebie i swojej wartości.

Oczywiście nie mam pewności, że tak się stanie. Ale czy jest metoda wychowawcza, która dają taką pewność? OK John Watson, prekursor behawioryzmu, twierdził, że się da zrobić z dziecka kogo się chce. Mam jednak spore wątpliwości, że ten ktoś będzie samodzielny, myślący i znający swoją wartosć.

 

Lubiłam zadania domowe

Pamiętam jak w którymś z pierwszych dni szkoły przybiegłam do domu i w podekscytowaniu, nie zdejmując kurtki, wyciągałam z plecaka książki. Nareszcie! Zadanie domowe!

Chciałam iść do szkoły. NIe mogłam sie tego doczekać. I ta fascynacja szkołą, nauką, rozwojem nie minęła mi do dziś, pomimo niekiedy trudnych doświadczeń.

Raczej nie pamiętam jakiejś frustracji związanej z nadmiarem tych zadań. Nie pamiętam też aby mama jakoś szczególnie nas pilnowała. W ogóle nas nie pilnowała. Jeśli miałam problem z zadaniem z matmy to pomagała je wyliczyć. Tyle.

I zastanawiam skąd to tak. Te zadania domowe. Ten bunt rodziców i protesty. Owszem. Są badania, mówiące o tym, że zadania domowe są przereklamowane, jednak gdyby nie obarczały one rodziny TAK BARDZO, to były by problemem może nawet mało istotnym.

Dlaczego zatem obarczają? Czy jest ich jakoś więcej? Czy też to nam zależy aby były zrobione lepiej? Albo aby były w ogóle zrobione. Ja zawsze robilam zadania domowe. Nie jestem pewna czy mój brat też był taki skrupulatny. Ale to była nasza odpowiedzialność. I nasze konsekwencje.

Znam rodziców, którzy cały swój czas po pracy spedzaja z dzieckiem na odrabianiu prac domowych. Czas nie rzadko frustrujący, pełen przykrych słów, nakazów, zakazów, gróźb i przekupstwa. Czas, który należy do rodziny, czas na odpoczynek, zabawę i rozmowę. Czas, którego w pędzącym życiu jest tak mało pomiędzy przejazdami, zajęciami.

Tak sobie myśle, że to moje życie, w którym lubiłam zadania domowe nie było pędzące. Był to dla mnie full time Mindfulness. Z drogą do szkoły wśród pól ze zmieniającymi się porami roku.

NIe jeździliśmy na dodatkowe zajęcia muzyczne, sportowe, językowe. I może tutaj jest kolejny  kawałek odpowiedzi, której szukam. Jeśli chodzi o naukę to nikt od nas niczego nie oczekiwał. W wolnym czasie mogliśmy robić co chcieliśmy. Było tego wolnego czasu sporo mimo ogromu pracy w polu, ogrodzie. Ja dużo czytałam, brat lutował i wytrawiał jakieś magiczne dla mnie płytki. Wszyscy interesowaliśmy się wieloma rzeczami.  Myślę, że wtedy brakowało nam mądrego prowadzenia. I chyba dziś dzieciakom tego też brakuje. Wzmacniania ich w tym, w czym są dobre, ujawnianiu talentów, upewnieniu, że nie muszą być dobre we wszystkim, że nie o to chodzi aby w 100% zagospodarować ten wycinek kompetencji, które proponuje szkoła, ale ten który jest zgodny ze sobą.

I oczywiście, że chciałabym żeby moja córka uczyła się  języków, trenowała jakiś sport albo śpiew. Chciala bym jej dać to wszystko, czego ja nie miałam. Co z tego wybierze? Co jeśli NIC?

Chcę jej też dać to czego sama miałam pod dostatkiem: wolność i autonomię. Już dziś przygotowuję się na to by dać jej moją zgodę na NIC.

Moja kruszynka pyskatą nastolatką?

„Ty nic nie rozumiesz! Kompletnie ci odwaliło! Nienawidzę cię!”.  Trzask drzwi, kopnięcie i tyle ją widzieli…

Scenariusz na tyle przykry, co możliwy, a nawet prawdopodobny. Trudno dziś uwierzyć patrząc jak Żabina słodko śpi w swoim łóżeczku, jak rozkosznie zajada się dynią czy z ufnością wtula w moje ramiona, że to może być ona za 15 lat.   Trudno przyjąć do wiadomości, wkładając w jej wychowanie tyle energii, czasu, serca, że któregoś dnia nie tyle nawet, że nas opuści, ale że zakwestionuje wszystko co robimy i mówimy.

Dlatego dla mnie wychowanie nie jest o tym co dzisiaj. Czy Żabina zjadła obiadek, czy zasypia w swoim łóżeczku, ile razy budzi się w nocy i dlaczego aż tyle. Dla mnie to o tym co będzie za te naście lat. O szacunku nie tylko do mnie i P. jako rodziców, ale przede wszystkim do siebie. O współdziałaniu, a nie tylko wykonywaniu kilku domowych obowiązków, o umiejętności budowaniu dobrych relacji i o wewnętrznej motywacji. I jeszcze o ciekawości i odwadze. I jeszcze kilka innych o…

Wszystkie działania, które podejmuję dzisiaj, podejmuję świadomie, biorąc pod uwagę tę właśnie perspektywę. I dotyczy to każdego niemal aspektu życia. Tego co Żabina je, jak je, gdzie śpi, jakie ma zabawki, ile tych zabawek, na co jej pozwalam, co robię kiedy jej nie pozwalam.

Czy zaprowadzi mnie to do oczekiwanego rezultatu? Nie wiem. Wychowanie dziecka to jeden wielki eksperyment, który tylko z grubsza możemy zaplanować. A na wynik tego eksperymentu mają bardzo duży wpływ warunki zewnętrzne, takie jak szkoła, rówieśnicy, inni ludzie, z którymi dziecko się spotyka. I kiedyś była to również telewizja, a obecnie poza tym medium, coraz szerzej dostępne technologie – dziś ze smartfonem na czele, jutro – nie wiadomo z czym.

Możemy się mądrzyć, że powinno się jakoś albo, że moje dzieci to ja inaczej. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że inną nastolatką byłam ja naście lat temu, inne są te nastolatki, które się wtedy narodziły i całkowicie inna będzie moja nastolatka za te naście lat.

Żyjemy w okresie ogromnej zmiany kulturowej. W czasie, gdy tradycyjne metody wychowawcze oparte na karach i lęku zamieniamy na bardziej liberalne i ponosimy tego konsekwencje m.in. w postaci pyskujących nastolatków. Naście lat temu bym nie powiedziała do rodzica „Ty idioto”. Ale jeszcze pamiętam mój burzliwy okres dorastania (a jeśli zapomnę, to jestem w posiadaniu dość kompromitujących pamiętników z tego okresu) i mimo, że nie śmiałam odezwać się w  taki sposób do moich rodziców, zdarzało mi się tak przecież myśleć. A dzisiejszy nastolatek często co myśli to mówi. Albo nawet może wcale tak nie myśli, ale mówi, bo się właśnie wkurzył i właśnie w taki sposób odreagowuje złość.

I jasne, że tego nie chcemy. Że chcemy mieć z naszymi dziećmi dobrą relację. I chociaż recepty na to nie mam, jedno jest dla mnie pewne – kiedy już dziecko wejdzie w ten burzliwy okres, jest już za późno na wychowanie. Możemy więc darować sobie gderanie, narzekanie, docinki i kazania, a postawić raczej na słuchanie, zrozumienie, towarzyszenie.

 

Nie usypiaj na rękach, bo się przyzwyczai

Nasłuchaliśmy się bardzo różnych komentarzy odnośnie usypiania dziecka na rękach. Począwszy od tego, że dzieciaka rozpuścimy aż po sugestie, że dajemy się dziecku manipulować.

Ale właściwie w czym problem? Dlaczego to źle, że się przyzwyczai? Że będę musiała nosić Żabinę na rękach w środku nocy?

A co jeśli to nie dlatego trzeba je nosić na rękach w nocy, że się przyzwyczaiło, ale dlatego, że rodzic jest sfrustrowany tym, że dziecko samo nie zasypia i musi je nosić na rękach?

A co się stanie jeśli odpuścisz?

Dr Sears w „Księdze rodzicielstwa bliskości pisze”[1],  że jeśli nie damy dziecku wystarczająco bliskości na początku, to o no się o nią i tak upomni. I znam mamy, które wierząc w teorię nieprzyzwyczajania odmawiały i dziecku i sobie tego komfortu bliskości, by po pół roku jednak zacząć dziecko nosić, bo się tego silnie domagało. Dlatego też postanowiłam zainwestować w przyszłość i usypiać moje dziecko na rękach.

Tym bardziej, że obietnice Rodzicielstwa bliskości są silnie wspierane przez  badania nad przywiązaniem [2][3]. Okazuje się, że dzieci, które były zaopiekowane we wczesnym niemowlęctwie, a więc m.in. noszono je na rękach i bez zbędnej zwłoki odpowiadano na ich płacz, tworzą ze swoim opiekunem bezpieczną więź. Skutkuje to między innymi tym, że dziecko ma wysokie poczucie bezpieczeństwa, dzięki czemu chętnie eksploruje świat i jest bardziej otwarte. Szybciej też uspokaja się po nieprzyjemnych zdarzeniach, a co  świadczy o tym, że dziecko uczy się regulowania swoich stanów wewnętrznych. A w regulowaniu stanów wewnętrznych uczestniczy kortyzol, o którego toksycznym oddziaływaniu na układ nerwowy dziecka dużo się ostatnio mówi w kontekście odczuwania stresu przez kobiety ciężarne czy też pozostawiania dziecka do wypłakania się (o czym jeszcze będę szerzej pisać). Tak więc w trosce o prawidłowy rozwój mózgu Żabiny chcę zadbać o to, by miała stosunkowo niski poziom kortyzolu i własnie dlatego noszę ją na rękach.

No i się przyzwyczaiła. I dobrze. Bo jak się okazało – niesamowicie ułatwia nam to życie. Czy to w samochodzie, gdy ciągniemy dziecko na drugi koniec Polski, w pociągu, w samolocie, w przyczepie kempingowej, u cioci, wujka, w hotelu czy na grillu – nie mamy żadnych (większych) problemów z usypianiem Żabiny. Kiedy jest już pora na sen, bierzemy dziecko na ręce, przytulamy, ponosimy i… śpi. I wszyscy w koło się dziwią, że jak to? Już? Tak od razu zasnęła? Nie potrzebujemy żadnych przytulanek, kołysanek, własnych poduszek, spacerów wózkiem w deszczowy dzień czy kilometrów samochodem dookoła osiedla. Wystarczy, że jest Mama albo Tata i jest wszystko czego dziecku do szczęścia potrzeba.

Oczywiście zdarza się, że zasnąć nie może i nosimy. Plecy bolą, ręce bolą, a dziecko nie śpi. Ale chyba każdy rodzic ma w swoim życiu takie chwile 😉 My wspomagamy się wtedy chustą. Albo drugim Rodzicem 😉

I tak patrzę, na tą moją  Żabinkę, która już chętniej zasypia w swoim łóżeczku. I tak trochę mi żal, że jest coraz bardziej samodzielna i, że już niedługo nie będzie trzeba jej nosić na rękach. I trochę się boję jak my ją wtedy ogarniemy.

 

[1] William Sears „Księga rodzicielstwa bliskości”.
[2] Daniel Siegel „Świadome rodzicielstwo”.
[3] Sue Gerhard „Znaczenie miłości”.

Rodzicielstwo bliskości – nie dajmy się zwariować

Wybrałam rodzicielstwo bliskości, co nie oznacza jednak, ze w pełni i bezrefleksyjnie biorę wszystko co Searsowie w swojej książce napisali. [1}

A napisali oni między innymi żeby karmić dziecko na żądanie. Obojętne czy wystarczy mu osiem posiłków dziennie czy też, jak to oni określili „lubi deserki” i je co 15 minut.

Trochę mi to karmienie na żądanie dokuczało. Jeszcze bardziej zaczęło dokuczać gdy policzyłam, że jest tych żądań 15 na dobę. Może nie jest tego aż tak dużo, ale jeśli na noc przypadają 4 to na pozostałe 12 godzin 11.  Czułam się nie tylko jak mlekomat, ale też jak uwiązana na bardzo krótkiej smyczy. Stwierdziłam, że może i Żabinka faktycznie lubi deserki, ale to ciągłe karmienie jest zdecydowanie przekroczeniem moich granic.

Dlatego też w kwestii karmienia postanowiłam skorzystać z prawa nr 2. z poprzedniego artykułu: potrzeby każdego domownika są tak samo ważne. Zakasałam rękawy, gotowa spróbować przybliżyć się w kierunku moich potrzeb, mając nadzieję na to, że w ciągu 3 dni uda nam się „ominąć” dwa karmienia.

I… W zasadzie od razu było o 3-5 karmień mniej. I wcale nie osiągnęłam tego jakąś przemocą. Ponosiłam na rękach, pokazałam zabawkę, zagadałam.

Okazuje się też, że zmiana ta spowodowała lawinę pozytywności. Oprócz tego, że Żabina je rzadziej, to też szybciej się z tym jedzeniem uwija. Skoro jest najedzona, to łatwiej zasypia, często przy piersi, bez awantur i większego marudzenia. Dzięki temu dziecko jest bardziej aktywne, częściej się uśmiecha, obserwuje świat. A ja z mamy, która na każde marudzenie dziecka podaje mu pierś i z mamy trochę już zmęczonej obsługą dziecka,  stałam się mamą kreatywną, która lubi spędzać czas ze swoim dzidziusiem wymyślając fajne zabawy.
Po tym wszystkim myślę sobie, że łatwo zafiksować się na pewnych zaleceniach, modzie. Tak jak nasze mamy z zegarkiem w  ręku czekały 3 godziny by po raz kolejny nakarmić dziecko, tak my w przeciwną stronę – co dziecko zakwili to przystawimy do piersi. To takie trochę pójście na łatwiznę.
Czyli nie karmienie na żądanie, ale może raczej karmienie na zdaje mi się? Albo: nie wiem czego chcesz, to dostaniesz jeść?  Całkiem proste.
Ale tak naprawdę karmienie na żądanie to trudna sztuka, polegająca na dostrzeżeniu czego dziecko tak naprawdę potrzebuje, a nie tylko skupianiu się na tym czego chce. Bo Żabina znała tylko kilka aktywności, z których przytulanie się i jedzenie było jedną z fajniejszych. Nie mogła wiedzieć, że może być coś lepszego, dającego więcej radości jak zabawa.
A ja odzyskuję kontrolę nad swoim życiem. I widzę, że zarówno przy rodzicielstwie bliskości  jak i innych modnych podejściach, trzeba bardzo uważać. Można łatwo zgubić to, o co w tym naprawdę chodzi. Albo też przez brak uważności na własne potrzeby, można stać się niewolnikiem zasad i zaleceń. Automatem, korzystającym z pewnych narzędzi. Potrzebna jest pewna elastyczność oraz umiejętność wykorzystania i dostosowania tych narzędzi do swojej rzeczywistości.

 

 

[1] Księga rodzicielstwa bliskości W. Sears, M. Sears

Dlaczego rodzicielstwo bliskości

Dzięki temu, że zostaliśmy rodzicami dopiero teraz, jako trzydziesto(kilku)latkowie, mieliśmy dużo czasu na obserwowanie zmagań innych rodziców, poznanie różnych koncepcji wychowania, a także zmianę gustu w tym zakresie.
Bo kiedyś bardzo podobał mi się behawioryzm.
„Dajcie mi dziecko spłodzone przez dowolną parę rodziców i dajcie mi pełną kontrolę nad środowiskiem, w jakim będzie ono wzrastać – a sprawię, że wyrośnie na wybitnego uczonego, artystę, politycznego przywódcę, czy też, jeśli tylko będę tego chciał, zostanie pospolitym przestępcą.”
jak mówił twórca behawioryzmu, John Watson. [1]
Brzmi atrakcyjnie, prawda?
Wszyscy znamy to podejście z programu Superniania. Ogólnie chodzi o to żeby wyuczyć dziecko reakcji na bodźce – wzmacniać pozytywne zachowania za pomocą nagród i zmniejszać prawdopodobieństwo wystąpienia tych negatywnych stosując kary.  Metoda usypiania dzieci „na wypłakiwanie się” (metoda Ferbera lub 3-5-7, o której napiszę innym razem) też należy do narzędzi behawioralnych.
Na pierwszy rzut oka metody te działają. Przynajmniej krótkoterminowo i przynajmniej wtedy, kiedy rodzice patrzą. Natomiast największą wadą behawioryzmu jest to, że zupełnie pomija aspekt rozwoju emocjonalnego.
Dla mnie, osoby bardzo emocjonalnej, świadomej swoich emocji i bardzo świadomej tego, że emocji nie da się na dłużej wyciszyć, a na pewno nie można ich zignorować bez konsekwencji, takie podejście jest niedopuszczalne. Niedopuszczalne jest również podejście, w którym dziecko wchodzi mi całkowicie na głowę. Za bardzo cenię sobie swoją niezależność.
Koncepcją, która bardzo bierze pod uwagę emocje i potrzeby dzieci jest rodzicielstwo bliskości[2], które  opiera się na tworzeniu silnej więzi emocjonalnej z dziećmi . Pięknie mi się to uzupełnia z badaniami, mówiącymi o korzyściach z budowana bezpiecznego stylu przywiązania u dzieci[3]. Prawdą jest też to, że chcę być blisko mojego dziecka i odpowiadają mi się zasady rodzicielstwa bliskości z bliskością od porodu, karmieniem piersią, noszeniem dziecka, spaniem przy dziecku i reagowaniem na płacz.
Wiele osób uważa, że rodzicielstwo bliskości to rozpuszczanie dziecka, jednak ja najbardziej z „Księgi rodzicielstwa bliskości” dra Searsa wzięłam sobie dwie rzeczy:
1. odpowiadaj na potrzeby dziecka
2. potrzeby każdego domownika są tak samo ważne
Odpowiadanie na potrzeby dziecka oznacza obserwowanie dziecka, aby zauważyć czego ono tak naprawdę potrzebuje i reagowanie na tą potrzebę. Ale odpowiadać na potrzeby oznacza też żeby zaczekać aż dziecko swoją potrzebę zasygnalizuje. Nie chodzi o to aby przewidywać co dziecko będzie za chwilę chciało i wybiegać z propozycją zanim ono samo się zorientuje, że ma tą potrzebę.  Czyli, że nawet jeśli zauważę, że minęły dwie godziny od ostatniego karmienia, to nie rzucam się na dziecko aby je nakarmić, ale obserwuję i czekam aż np. zacznie ssać piąstki.
Jeśli chodzi o drugi punkt, to jest on szczególnie ważny dla tatusiów. I dla mam również. I dla szczęścia rodzinnego długoterminowego. I w ogóle jest mega ważny. Jeśli nie zadbam o siebie, choćby o to, żeby się wyspać, zjeść obiad, umyć włosy, w końcu nie będę mogła być miłą, uśmiechniętą i cierpliwą mamą dla mojego dziecka. Jeśli skupię całą swoją uwagę na dziecku, a co więcej nie pozwolę ojcu dziecka się nim zajmować, będzie się on czuł nieważny i odtrącony.
To właśnie dbając o potrzeby wszystkich domowników śpimy przy dziecku. Cenimy sobie komfort nocnego wysypiania się i m.in. dlatego nie chcemy spać z dzieckiem w jednym łóżku. Równocześnie chcemy aby było ono blisko nas i czuło się bezpiecznie, więc łóżeczko jest dostawione do naszego łóżka.
Dbanie o potrzeby innych domowników to też sytuacja, w której ja chora, półprzytomna, z wysoką gorączką odmówiłam karmienia dziecka. Wiedziałam, że w zamrażalniku jest zapas mleka i dziecku nie stanie się krzywda, a ja dosłownie padałam na twarz.
I też to, że czasem mam wychodne. I to, że zostawiam wtedy P. z dzieckiem, ufając, że sobie poradzi.
Póki co pomysł na rodzicielstwo bliskości nam działa. Najwyraźniej spodobał się też naszej Żabince, która zapewne czuje, że jej potrzeby są zaspokajane (choć nie zawsze natychmiast), bo  komunikuje je w przyjazny w miarę sposób 🙂
[1] https://pl.wikiquote.org/wiki/John_Watson
[2] Księga rodzicielstwa bliskości William Sears, Martha Sears
[3] Znaczenie miłości Sue Gerhardt

Pierwsza wyprawa z dzieckiem

Zaczęliśmy raczej skromnie – cała wyprawa, to raptem czterech dni w Warszawie. Ale wyprawa była na miarę naszej małej rodzinki. Nie żeby samochodem od drzwi do drzwi. Pojechaliśmy pociągiem. Pendolinem.

I to był dobry pomysł. Jechaliśmy we trójkę w czteroosobowym przedziale rodzinnym. Mogliśmy w czasie jazdy nakarmić i przewinąć dziecko. Mogliśmy wziąć Żabinkę na ręce gdy płakała i pochodzić z nią po przedziale. Był to także czas dla nas. Mogliśmy pierwszy raz od dłuższego czasu po prostu porozmawiać.

Jak się spakować na taką podróż? Nie mam pojęcia. Staraliśmy się wziąć jak najmniej rzeczy. Dokładnie oszacowałam liczbę sweterków (6), spodenek (4), bodziaków(6) na wszystkie możliwe wypadki, plus dwa komplety na wszelki wypadek. I dla nas właśnie ze względu na różne wypadki wzięłam po kilka ciuchów więcej. I spakowałam tylko jedne buty! No i wyszło że targaliśmy wózek, walizę na kółkach, plecak, torebkę… Aż dziw, że dziecka przy tym nie zgubiliśmy…

No dobrze, ale po co z dzieckiem do Warszawy? Chyba najbardziej dlatego, żeby przetestować podróżowanie z maluszkiem zanim wymyślimy ambitniejszą destynację. A pretekstem była konferencja P. Że skoro on i tak jedzie, to może pojedziemy wszyscy. Spotkamy znajomych, pójdę na zakupy (?!) Plan był prawie dobry, tylko że  w centrach handlowych więcej niż jeden dzień wytrzymuję z trudem zarówno ja, jak i dziecko i nasza karta kredytowa. Na szczęście pogoda była już prawdziwie wiosenna, więc można było z przyjemnością pospacerować po mieście.

W moim przekonaniu Warszawa powinna była być idealna do spacerów z wózkiem – bo płaska. No cóż… Po pchaniu, targaniu, ciągnięciu wózka przez te cztery dni porobiły mi się odciski na palcach… A Warszawa nie tylko nie jest płaska, ale nawet jest hmm… wielopoziomowa. Często przy tych licznych schodach w dół i w górę nie było nie tyle nawet windy, co chociażby podjazdu dla wózków. Początkowo strasznie mnie to irytowało, jednak gdy po raz kolejny z poczuciem bezsilności wpatrywałam się w czeluść przejścia podziemnego, pojęłam całą głębię takiego stanu rzeczy. Otóż, jest to z pewnością wielki zamysł projektantów-urbanistów, dbających o nawiązywanie relacji w przestrzeni publicznej. Nie po raz pierwszy bowiem podszedł do mnie w takiej sytuacji pan, który zaproponował pomoc w zniesieniu wózka (były też panie, które przytrzymywały drzwi i odsuwały krzesła).

Bardzo mi też miło, że nikt nas nie wyrzucił gdy karmiłam dziecko piersią w restauracjach, kawiarniach i w kościele. Mimo, że uważam, że karmienie piersią jest czymś normalnym, obawiałam się takiej sytuacji, która przecież nie była by przyjemna. W każdym razie przetestowałam na własnej skórze i już wiem, że nie jest to problemem. Pewnie znacznie gorzej jest, gdy dziecko ryczy i nie można go w takim miejscu uspokoić.

Według nas nasza pierwsza, testowa podróż z dzieckiem, wypadła całkiem w porządku. Natomiast trudno stwierdzić co na ten temat sądzi nasza Żabinka. Bo to, że prawie cały czas spała może zarówno oznaczać, że jej się podobało jak i to, że biedną zamęczyliśmy…

O odkładaniu na później (gdy nie ma później)

Bardzo lubię odkładać i bardzo dobrze (a przynajmniej skutecznie) pracuje mi się pod presją czasu. Taką też presję wywołuje na mnie zbliżający się i zarazem oddalający termin narodzin mojego dziecka.

Po powrocie z Hiszpanii, uświadomiłam sobie, że 3 miesiące to jednak niedużo czasu na przygotowanie się do narodzin dziecka. I w dodatku odezwała się u mnie syndrom wicia gniazda, więc te wszystkie odkładane od lat remonty trzeba było teraz nagle uskutecznić. Normalnie ludzie chyba już wcześniej zaczynają o tym myśleć. Pewnie mniej więcej wtedy co my kupowaliśmy przyczepę…

Stworzyłam, więc Wielką Listę Rzeczy do Zrobienia. Początkowo uruchomienie Wielkiej Listy napotkało spore trudności. Okazało się bowiem, że priorytety moje i P. nie do końca były spójne. Trochę się naszarpaliśmy, ale ostatecznie po dwóch miesiącach wygrzebaliśmy się z najbardziej naglących zadań.

A wtedy trzeba było zająć się przygotowaniem do Świąt. Niby nie przygotowujemy się do nich jakoś bardzo, ale np. prezenty trzeba kupić i jakoś logistycznie ze św. Mikołajem zgrać aby wszystkie dzieci mogły pod choinką swój prezent znaleźć.

Było więc sporo spraw, które trzeba było dopatrzyć, dopilnować. A jeszcze sobie co jakiś czas coś nowego umyśliłam. Ale mogłam sobie coś nowego umyślić właśnie dlatego, że wszystko co WAŻNE lub PILNE było ogarnięte.

Już od początku grudnia, nie wiedząc kiedy ten dzień ostateczny nadejdzie, bardzo dbałam o to, żeby te moje rzeczy kończyć i nie zostawiać nikomu na głowie. Począwszy od tak trywialnych rzeczy jak opłacenie faktury za telefon, po odbieranie paczek, które też bardziej niż zwykle  monitorowałam (i mogłam interweniować w odpowiednim momencie gdy się zgubiła!). Co kilka dni wysyłałam P. aktualną listę Spraw Niedokończonych, tak aby w razie czego wiedział co jeszcze ma dopiąć.

Ostatecznie okazało się, że największym prokrastynatorem jest nasze dziecko. Dzięki temu zyskałam mnóstwo czasu na kwestie, których już nie spodziewałam się poruszać. Udało mi się też zrobić GIGANTYCZNE PORZĄDKI. Moja kuchnia jeszcze nigdy tak nie lśniła 🙂

Mogłam też oddać się gotowaniu, bez stresu spędzać godziny w poczekalni u ginekologa, ale też czytać blogi parentingowe i książki o rozwoju mózgui pokupować jeszcze więcej książek z LITERATURY ŚWIATOWEJ (tak, będę je czytać Dziecku na głos 😀

Każdy kolejny dzień to dla mnie prezent od losu. Że już blisko, ale jeszcze nie już. Że jeszcze zrobię coś z Wielkiej Listy albo coś zupełnie innego. Że spędzę jeszcze kilka miłych chwil sam na sam z P.

Podoba mi się to. Podoba mi się, że nie wzięłam sobie na głowę zbyt dużo. Podoba mi się, że potrafiłam się dobrze zorganizować. Podoba mi się, że robiąc zadania na bieżąco zyskałam tyle czasu, że wcisnęłam jeszcze więcej zadań. Wszystko na takim luzie, ze spokojem i świadomością, że niczego nie muszę.

Biorę sobie ten stan i będę do niego dążyć po tym jak mi się już życie wywróci do góry nogami 😉

 

Mój maraton

Przygotowania do maratonu trwają ok. 45 tygodni. 10 tygodni aby przebiec 10 km, następne 15 tygodni do półmaratonu i kolejne 20 do maratonu. Treningi 3 lub 4 razy w tygodniu. Do tego pewnie jakaś dieta, odpowiednie ćwiczenia żeby sobie ścięgien nie pozrywać. Chyba by mi się nie chciało.

Tymczasem już od 40 tygodni przygotowuję się do mojego własnego maratonu. Nie miałam jednak żadnego sprecyzowanego planu. Ot, starałam się być aktywna i nie rezygnować z nie raz dość intensywnych zamierzeń, jak choćby wyprawa do Puszczy Noteckiej w  pierwszych tygodniach ciąży. Czyli pierwsze 10 tygodni – łażenie.

Potem kolejne 20 tygodni jeszcze więcej łażenia. Chodziliśmy gdzieś po lasach bobięcińskich i przywidzkich. A potem uroki stromych pirenejskich ścieżek oraz starych hiszpańskich miasteczek z niezliczoną ilością schodów. Do tego setki przejechanych kilometrów sprzyjały trenowaniu mięśni Kegla.

A potem przyszedł kryzys „półmaratonu”. Nastały ponure dni naszej środkowoeuropejskiej jesieni. Przybrało się też parę kilogramów i już zdecydowanie odechciało się jakichkolwiek spacerów. Nawet tych po alejkach sklepowych.

Jednak gdzieś tam w głowie kołatała mi myśl, że chcę się dobrze przygotować. Z jednej strony mentalnie – muszę wiedzieć co i jak, ale też fizycznie. Już zadbałam przecież o to, że tych kilogramów nie tak w końcu wiele przybyło.

Zaczęłam dość nieśmiało. Kilka ćwiczeń raz na kilka dni. Tak 3-5 minut, żeby się nie przemęczyć. Potem tak trochę częściej, ale wciąż zaledwie kilka minut.  A potem zauważyłam, że te kilka minut daje zaskakujące efekty! Tak że od kilku tygodni ćwiczę 10-15 minut dziennie.

Do tego przychodzą jeszcze inne przygotowania. Aż sama siebie nie poznaję! Smaruję się (też codziennie!) kremem na rozstępy, pamiętam żeby brać witaminy 2-3 razy dziennie, do tego nadal ćwiczę mięśnie Kegla i wykonuję masaż krocza. I jeszcze problemy ze skórą i włosami powodują, że smaruję się też codziennie przeróżnymi olejkami (ale to już muszę ;).

Gdyby mi ktoś przed ciążą powiedział, że tak będzie, nigdy bym nie uwierzyła. Że ja? Może w niektórych obszarach jestem zorganizowana, ale jakoś ten związany z dbałością o ciało to tak sporadycznie, po macoszemu.

Szukam co mnie do tego motywuje. Bo to ja sama chcę. Nawet jeśli padam na ryjek i mi się nie chce, to biorę przed pójściem spać ten krem i się smaruję. Wstaję rano, biorę prysznic i ćwiczę, nawet jeśli już jestem koszmarnie głodna. Ale to jeszcze nic. Jak muszę gdzieś wyjść z rana to wstaję wcześniej(ja?!) żeby choć chwilę poćwiczyć.

I czuję się świetnie. Świetnie przygotowana. Pełna nadziei, że szybko wrócę do formy. Że jeszcze będę tak samo ładna jak przedtem.

Ale też trochę czekam na ten chichot losu. Takie magiczne myślenie, a może i samospełniająca się przepowiednia.  Że skoro już tak dobrze się przygotowałam, to mi dziecko przyjdzie na świat przez c.c. No cóż. Zostaje nadzieja, że chociaż ćwiczenie mięśni Kegla nie pójdzie na marne 😉