Bajka o łzach czarownicy

Dawno dawno temu, za górami i bagnami, w małej wiosce na skraju Starego Lasu żyła sobie Zuzanna, która marzyła o tym by zostać czarownicą. Mieszkańcy wioski śmiali się z niej, mówiąc, że to niemożliwe aby ktoś z ich wioski w ogóle został przyjęty do Wielkiej Wiedźmy na naukę. Ale sama nauka to jeszcze nic! Nawet dzieci wiedzą, że każda adeptka czarownica musi na koniec zdać BARDZO TRUDNY EGZAMIN i od ponad stu lat nikomu się to nie udało.

Mimo to Zuzanna postanowiła spróbować. Pewnego dnia spakowała cały swój dobytek i ruszyła do Starego Lasu na poszukiwanie Wielkiej Wiedźmy. Szła, szła i szła. Zaczął zapadać zmierzch. Jednak wiedziała, że nie ma już odwrotu. I tak nie potrafiła by już trafić z powrotem do swojej wioski. Na szczęście w oddali ujrzała migocące światełko, jak by świeczki w oknie. Poszła w tamtą stronę i nagle znalazła się na zalanej księżycem polanie, na której stał mały pobielany domek.

Zuzanna z trudem otworzyła stare ciężkie drzwi i weszła do środka. W wielkiej izbie na fotelu siedziała kobieta około pięćdziesięcioletnia i patrzyła w ogień. Gdy Zuzanna weszła, kobieta wstała wypełniając sobą cały pokój i rzekła: „Nareszcie jesteś. Czekałam na Ciebie”.

Nauka u Wielkiej Wiedźmy nie była łatwa. Zuzanna musiała zmagać się z jej humorami, dąsami i złośliwymi komentarzami. Ale zacisnęła zęby gotowa nauczyć się jak najwięcej.

Nadszedł wreszcie Dzień Egzaminu. Zuzanna starannie się do niego przygotowała. Chciała wypaść jak najlepiej przed Szanowną Komisją, w której oprócz Wielkiej Wiedźmy zasiadał Mag zza Siódmej Góry oraz Wiedźma z Nizin.

Zadaniem Zuzanny było sporządzenie mikstury, która pozwala rozumieć mowę zwierząt. Zuzanna była pewna, że sobie doskonale poradzi. Przecież uwielbiała tworzyć mikstury. Do wrzącego oleju wrzuciła pędy tataraku, sproszkowany język żmii i szczyptę popiołu z feniksa. Wypowiedziała zaklęcie, zamieszała w kotle. I… nic. Lekko zdezorientowana Zuzanna spojrzała w kocioł, potem na Szanowną Komisję i znowu w kocioł.

W tym momencie usłyszała chrząknięcie Maga zza Siódmej Góry i poczuła na sobie pełne współczucia spojrzenie Wiedźmy z Nizin. Natomiast  Wielka Wiedźma uniosła się zza stołu i z rechotem powiedziała: „Nigdy nie zostaniesz czarownicą!”
Zuzanna z płaczem wybiegła z Wielkiej Sali. W progu natknęła się na Wiedźmę z Nizin, która wcisnęła jej do ręki kryształowy flakonik mówiąc: „Zbierz tutaj swoje łzy. Łzy czarownicy mają wielką moc”. Zuzanna szlochając odparła: „Ale ja nie jestem czarownicą”. Na co Wiedźma z Nizin odparła: „Ależ jesteś. Musisz tylko w to uwierzyć”.

Zuzanna wróciła do swojej wioski na skraju Starego Lasu. O dziwo nikt jej nie wyśmiał. Z ostrożności. W końcu praktykowała u Wielkiej Wiedźmy i mimo, że nie została czarownicą, to może jednak czegoś się tam nauczyła. I faktycznie. Nauczyła się. Wykorzystywała swoją wiedzę do leczenia ludzi i zwierząt, a  co roku na wiosnę szła na pola rzucając zaklęcia aby plony dobrze obradzały.

Po kilku latach, szukając maści na bóle pleców dla Starej Zochy, Zuzanna znalazła kryształowy flakonik. Wzięła go do ręki i uniosła pod światło. Jej łzy mieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Zuzanna pomyślała, że właściwie, to ona jest już czarownicą.  Leczy ludzi i zwierzęta i dba o dobre plony dla swojej wioski. Czyli robi to co zawsze chciała robić jako czarownica. Wzięła głęboki wdech i zawołała: „Wielka Wiedźmo! Wiem, że mnie słyszysz! Przyjdź do mnie!”. W powietrzu zaszumiało i pokój wypełniła sylwetka Wielkiej Wiedźmy.

Zuzanna po raz pierwszy w życiu spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała: „Nie wiem jakich sztuczek użyłaś, że nie zdałam egzaminu. Nie obchodzi mnie to. Ty też mnie nie obchodzisz. Mogę być czarownicą bez twojej zgody i bez twojego egzaminu”. Po czym otworzyła kryształowy flakonik i chlusnęła jego zawartością prosto w twarz Wielkiej Wiedźmy. Wielka Wiedźma zasyczała z bólu. A Zuzanna patrzyła na nią, jak nagle zaczęła się kurczyć i kurczyć. Już nie wypełniała sobą całej izby, ale stała się malutką, pomarszczoną staruszką, która z trudem utrzymywała się na nogach.

Od tego dnia już nikt nie słyszał o Wielkiej Wiedźmie, za to sława Zuzanny roznosiła się po okolicy i przychodziło do niej coraz więcej ludzi aby pomogła im w ich problemach.

————————————————————————————————————————-

A jaka jest Twoja opowieść?

Jak się ma silna wola do mycia naczyń

Mogła bym startować w zawodach w układaniu naczyń w zlewie w przeczące prawom fizyki konstrukcje. Umiejętność tę ćwiczę wytrwale już od 30 lat. Najpierw w warunkach mojego domu rodzinnego, gdzie przy 6-7 osobowej rodzinie naczynia piętrzyły się zawsze, a potem w warunkach akademikowych, gdzie nikt nie zaprzątał sobie głowy tak przyziemnymi rzeczami jak zmywanie.

W tym naszym wieloosobowym domu moim największym marzeniem była zmywarka do naczyń. Pamiętam jak przekomarzałam się z Tatą, ze w moim domu pierwszym sprzętem który zainstaluję będzie zmywarka. A ostatnim telewizor. Marzenie spełniło mi się, gdy wraz z mieszkaniem nabyliśmy starą zmywarkę marki Zanussi. Działał w niej tylko jeden program i wszystkie naczynia prały się w temperaturze 70 stopni. I kiedy ustrojstwo się zepsuło zrodził się nasz pierwszy kryzys rodzinny.

P. nie miał ze mną żadnych szans, ponieważ od 30 lat ćwiczę również inną umiejętność – mój wzrok prześlizguje się chyłkiem po takiej naczyniowej konstrukcji, ignorując jej istnienie. I tyle lat praktyki w temacie nie poszło na marne – doczekałam się nowiutkiej zmywareczki.

Co jednak nie do końca rozwiązuje problem, ponieważ zawsze znajdą się jakieś historyczne, złocone, pamiątkowe kubki, talerzyki i dzbanuszki, jak również większe garnki, miski i patelnie, które trzeba umyć ręcznie. I nadal próbujemy sił, kto pierwszy ulegnie naczyniowej presji.

Próbowałam przeróżnych sposobów na te naczynia. Od niegotowania posiłków  w ogóle, poprzez wpisywanie zmywania na listę codziennych priorytetów, do wzbudzania w sobie poczucia winy.  Działa na krótko. Moja silna wola zmiany przy zlewie z naczyniami zawsze się wyczerpywała.

Czy silna wola może się wyczerpać? Ano może. Nie wiedziałam o tym do czasu, gdy spotkałam się z teorią mininawyku [1]. Teoria ta mówi o tym, w jaki sposób budować w sobie pozytywne nawyki, poczynając od najmniejszych czynności. Te najmniejsze czynności mają być tak małe aby nie wywoływać w nas oporu i nie wyczerpywać naszej siły woli.

I mimo, że mycie naczyń nie stało się moim nawykiem, gdy staję przed zlewem wypełnionym naczyniami i absolutnie nie mam ochoty ich zmywać, negocjuję z moją silną wolą. Że może chociaż kubki. Albo ten duży garnek po zupie. Albo mój hit: 10 naczyniowe ratowanie kuchni. Myję wybranych 10 naczyń, przy czym często okazuje się, że po tej akcji zostały jeszcze tylko 3, to aż żal nie umyć…

 

[1] Mininawyki. Małymi krokami do sukcesu. Stephen Guise.

 

 

Rodzicielstwo bliskości – nie dajmy się zwariować

Wybrałam rodzicielstwo bliskości, co nie oznacza jednak, ze w pełni i bezrefleksyjnie biorę wszystko co Searsowie w swojej książce napisali. [1}

A napisali oni między innymi żeby karmić dziecko na żądanie. Obojętne czy wystarczy mu osiem posiłków dziennie czy też, jak to oni określili „lubi deserki” i je co 15 minut.

Trochę mi to karmienie na żądanie dokuczało. Jeszcze bardziej zaczęło dokuczać gdy policzyłam, że jest tych żądań 15 na dobę. Może nie jest tego aż tak dużo, ale jeśli na noc przypadają 4 to na pozostałe 12 godzin 11.  Czułam się nie tylko jak mlekomat, ale też jak uwiązana na bardzo krótkiej smyczy. Stwierdziłam, że może i Żabinka faktycznie lubi deserki, ale to ciągłe karmienie jest zdecydowanie przekroczeniem moich granic.

Dlatego też w kwestii karmienia postanowiłam skorzystać z prawa nr 2. z poprzedniego artykułu: potrzeby każdego domownika są tak samo ważne. Zakasałam rękawy, gotowa spróbować przybliżyć się w kierunku moich potrzeb, mając nadzieję na to, że w ciągu 3 dni uda nam się „ominąć” dwa karmienia.

I… W zasadzie od razu było o 3-5 karmień mniej. I wcale nie osiągnęłam tego jakąś przemocą. Ponosiłam na rękach, pokazałam zabawkę, zagadałam.

Okazuje się też, że zmiana ta spowodowała lawinę pozytywności. Oprócz tego, że Żabina je rzadziej, to też szybciej się z tym jedzeniem uwija. Skoro jest najedzona, to łatwiej zasypia, często przy piersi, bez awantur i większego marudzenia. Dzięki temu dziecko jest bardziej aktywne, częściej się uśmiecha, obserwuje świat. A ja z mamy, która na każde marudzenie dziecka podaje mu pierś i z mamy trochę już zmęczonej obsługą dziecka,  stałam się mamą kreatywną, która lubi spędzać czas ze swoim dzidziusiem wymyślając fajne zabawy.
Po tym wszystkim myślę sobie, że łatwo zafiksować się na pewnych zaleceniach, modzie. Tak jak nasze mamy z zegarkiem w  ręku czekały 3 godziny by po raz kolejny nakarmić dziecko, tak my w przeciwną stronę – co dziecko zakwili to przystawimy do piersi. To takie trochę pójście na łatwiznę.
Czyli nie karmienie na żądanie, ale może raczej karmienie na zdaje mi się? Albo: nie wiem czego chcesz, to dostaniesz jeść?  Całkiem proste.
Ale tak naprawdę karmienie na żądanie to trudna sztuka, polegająca na dostrzeżeniu czego dziecko tak naprawdę potrzebuje, a nie tylko skupianiu się na tym czego chce. Bo Żabina znała tylko kilka aktywności, z których przytulanie się i jedzenie było jedną z fajniejszych. Nie mogła wiedzieć, że może być coś lepszego, dającego więcej radości jak zabawa.
A ja odzyskuję kontrolę nad swoim życiem. I widzę, że zarówno przy rodzicielstwie bliskości  jak i innych modnych podejściach, trzeba bardzo uważać. Można łatwo zgubić to, o co w tym naprawdę chodzi. Albo też przez brak uważności na własne potrzeby, można stać się niewolnikiem zasad i zaleceń. Automatem, korzystającym z pewnych narzędzi. Potrzebna jest pewna elastyczność oraz umiejętność wykorzystania i dostosowania tych narzędzi do swojej rzeczywistości.

 

 

[1] Księga rodzicielstwa bliskości W. Sears, M. Sears

Dlaczego rodzicielstwo bliskości

Dzięki temu, że zostaliśmy rodzicami dopiero teraz, jako trzydziesto(kilku)latkowie, mieliśmy dużo czasu na obserwowanie zmagań innych rodziców, poznanie różnych koncepcji wychowania, a także zmianę gustu w tym zakresie.
Bo kiedyś bardzo podobał mi się behawioryzm.
„Dajcie mi dziecko spłodzone przez dowolną parę rodziców i dajcie mi pełną kontrolę nad środowiskiem, w jakim będzie ono wzrastać – a sprawię, że wyrośnie na wybitnego uczonego, artystę, politycznego przywódcę, czy też, jeśli tylko będę tego chciał, zostanie pospolitym przestępcą.”
jak mówił twórca behawioryzmu, John Watson. [1]
Brzmi atrakcyjnie, prawda?
Wszyscy znamy to podejście z programu Superniania. Ogólnie chodzi o to żeby wyuczyć dziecko reakcji na bodźce – wzmacniać pozytywne zachowania za pomocą nagród i zmniejszać prawdopodobieństwo wystąpienia tych negatywnych stosując kary.  Metoda usypiania dzieci „na wypłakiwanie się” (metoda Ferbera lub 3-5-7, o której napiszę innym razem) też należy do narzędzi behawioralnych.
Na pierwszy rzut oka metody te działają. Przynajmniej krótkoterminowo i przynajmniej wtedy, kiedy rodzice patrzą. Natomiast największą wadą behawioryzmu jest to, że zupełnie pomija aspekt rozwoju emocjonalnego.
Dla mnie, osoby bardzo emocjonalnej, świadomej swoich emocji i bardzo świadomej tego, że emocji nie da się na dłużej wyciszyć, a na pewno nie można ich zignorować bez konsekwencji, takie podejście jest niedopuszczalne. Niedopuszczalne jest również podejście, w którym dziecko wchodzi mi całkowicie na głowę. Za bardzo cenię sobie swoją niezależność.
Koncepcją, która bardzo bierze pod uwagę emocje i potrzeby dzieci jest rodzicielstwo bliskości[2], które  opiera się na tworzeniu silnej więzi emocjonalnej z dziećmi . Pięknie mi się to uzupełnia z badaniami, mówiącymi o korzyściach z budowana bezpiecznego stylu przywiązania u dzieci[3]. Prawdą jest też to, że chcę być blisko mojego dziecka i odpowiadają mi się zasady rodzicielstwa bliskości z bliskością od porodu, karmieniem piersią, noszeniem dziecka, spaniem przy dziecku i reagowaniem na płacz.
Wiele osób uważa, że rodzicielstwo bliskości to rozpuszczanie dziecka, jednak ja najbardziej z „Księgi rodzicielstwa bliskości” dra Searsa wzięłam sobie dwie rzeczy:
1. odpowiadaj na potrzeby dziecka
2. potrzeby każdego domownika są tak samo ważne
Odpowiadanie na potrzeby dziecka oznacza obserwowanie dziecka, aby zauważyć czego ono tak naprawdę potrzebuje i reagowanie na tą potrzebę. Ale odpowiadać na potrzeby oznacza też żeby zaczekać aż dziecko swoją potrzebę zasygnalizuje. Nie chodzi o to aby przewidywać co dziecko będzie za chwilę chciało i wybiegać z propozycją zanim ono samo się zorientuje, że ma tą potrzebę.  Czyli, że nawet jeśli zauważę, że minęły dwie godziny od ostatniego karmienia, to nie rzucam się na dziecko aby je nakarmić, ale obserwuję i czekam aż np. zacznie ssać piąstki.
Jeśli chodzi o drugi punkt, to jest on szczególnie ważny dla tatusiów. I dla mam również. I dla szczęścia rodzinnego długoterminowego. I w ogóle jest mega ważny. Jeśli nie zadbam o siebie, choćby o to, żeby się wyspać, zjeść obiad, umyć włosy, w końcu nie będę mogła być miłą, uśmiechniętą i cierpliwą mamą dla mojego dziecka. Jeśli skupię całą swoją uwagę na dziecku, a co więcej nie pozwolę ojcu dziecka się nim zajmować, będzie się on czuł nieważny i odtrącony.
To właśnie dbając o potrzeby wszystkich domowników śpimy przy dziecku. Cenimy sobie komfort nocnego wysypiania się i m.in. dlatego nie chcemy spać z dzieckiem w jednym łóżku. Równocześnie chcemy aby było ono blisko nas i czuło się bezpiecznie, więc łóżeczko jest dostawione do naszego łóżka.
Dbanie o potrzeby innych domowników to też sytuacja, w której ja chora, półprzytomna, z wysoką gorączką odmówiłam karmienia dziecka. Wiedziałam, że w zamrażalniku jest zapas mleka i dziecku nie stanie się krzywda, a ja dosłownie padałam na twarz.
I też to, że czasem mam wychodne. I to, że zostawiam wtedy P. z dzieckiem, ufając, że sobie poradzi.
Póki co pomysł na rodzicielstwo bliskości nam działa. Najwyraźniej spodobał się też naszej Żabince, która zapewne czuje, że jej potrzeby są zaspokajane (choć nie zawsze natychmiast), bo  komunikuje je w przyjazny w miarę sposób 🙂
[1] https://pl.wikiquote.org/wiki/John_Watson
[2] Księga rodzicielstwa bliskości William Sears, Martha Sears
[3] Znaczenie miłości Sue Gerhardt

Pierwsza wyprawa z dzieckiem

Zaczęliśmy raczej skromnie – cała wyprawa, to raptem czterech dni w Warszawie. Ale wyprawa była na miarę naszej małej rodzinki. Nie żeby samochodem od drzwi do drzwi. Pojechaliśmy pociągiem. Pendolinem.

I to był dobry pomysł. Jechaliśmy we trójkę w czteroosobowym przedziale rodzinnym. Mogliśmy w czasie jazdy nakarmić i przewinąć dziecko. Mogliśmy wziąć Żabinkę na ręce gdy płakała i pochodzić z nią po przedziale. Był to także czas dla nas. Mogliśmy pierwszy raz od dłuższego czasu po prostu porozmawiać.

Jak się spakować na taką podróż? Nie mam pojęcia. Staraliśmy się wziąć jak najmniej rzeczy. Dokładnie oszacowałam liczbę sweterków (6), spodenek (4), bodziaków(6) na wszystkie możliwe wypadki, plus dwa komplety na wszelki wypadek. I dla nas właśnie ze względu na różne wypadki wzięłam po kilka ciuchów więcej. I spakowałam tylko jedne buty! No i wyszło że targaliśmy wózek, walizę na kółkach, plecak, torebkę… Aż dziw, że dziecka przy tym nie zgubiliśmy…

No dobrze, ale po co z dzieckiem do Warszawy? Chyba najbardziej dlatego, żeby przetestować podróżowanie z maluszkiem zanim wymyślimy ambitniejszą destynację. A pretekstem była konferencja P. Że skoro on i tak jedzie, to może pojedziemy wszyscy. Spotkamy znajomych, pójdę na zakupy (?!) Plan był prawie dobry, tylko że  w centrach handlowych więcej niż jeden dzień wytrzymuję z trudem zarówno ja, jak i dziecko i nasza karta kredytowa. Na szczęście pogoda była już prawdziwie wiosenna, więc można było z przyjemnością pospacerować po mieście.

W moim przekonaniu Warszawa powinna była być idealna do spacerów z wózkiem – bo płaska. No cóż… Po pchaniu, targaniu, ciągnięciu wózka przez te cztery dni porobiły mi się odciski na palcach… A Warszawa nie tylko nie jest płaska, ale nawet jest hmm… wielopoziomowa. Często przy tych licznych schodach w dół i w górę nie było nie tyle nawet windy, co chociażby podjazdu dla wózków. Początkowo strasznie mnie to irytowało, jednak gdy po raz kolejny z poczuciem bezsilności wpatrywałam się w czeluść przejścia podziemnego, pojęłam całą głębię takiego stanu rzeczy. Otóż, jest to z pewnością wielki zamysł projektantów-urbanistów, dbających o nawiązywanie relacji w przestrzeni publicznej. Nie po raz pierwszy bowiem podszedł do mnie w takiej sytuacji pan, który zaproponował pomoc w zniesieniu wózka (były też panie, które przytrzymywały drzwi i odsuwały krzesła).

Bardzo mi też miło, że nikt nas nie wyrzucił gdy karmiłam dziecko piersią w restauracjach, kawiarniach i w kościele. Mimo, że uważam, że karmienie piersią jest czymś normalnym, obawiałam się takiej sytuacji, która przecież nie była by przyjemna. W każdym razie przetestowałam na własnej skórze i już wiem, że nie jest to problemem. Pewnie znacznie gorzej jest, gdy dziecko ryczy i nie można go w takim miejscu uspokoić.

Według nas nasza pierwsza, testowa podróż z dzieckiem, wypadła całkiem w porządku. Natomiast trudno stwierdzić co na ten temat sądzi nasza Żabinka. Bo to, że prawie cały czas spała może zarówno oznaczać, że jej się podobało jak i to, że biedną zamęczyliśmy…

O odkładaniu na później (gdy nie ma później)

Bardzo lubię odkładać i bardzo dobrze (a przynajmniej skutecznie) pracuje mi się pod presją czasu. Taką też presję wywołuje na mnie zbliżający się i zarazem oddalający termin narodzin mojego dziecka.

Po powrocie z Hiszpanii, uświadomiłam sobie, że 3 miesiące to jednak niedużo czasu na przygotowanie się do narodzin dziecka. I w dodatku odezwała się u mnie syndrom wicia gniazda, więc te wszystkie odkładane od lat remonty trzeba było teraz nagle uskutecznić. Normalnie ludzie chyba już wcześniej zaczynają o tym myśleć. Pewnie mniej więcej wtedy co my kupowaliśmy przyczepę…

Stworzyłam, więc Wielką Listę Rzeczy do Zrobienia. Początkowo uruchomienie Wielkiej Listy napotkało spore trudności. Okazało się bowiem, że priorytety moje i P. nie do końca były spójne. Trochę się naszarpaliśmy, ale ostatecznie po dwóch miesiącach wygrzebaliśmy się z najbardziej naglących zadań.

A wtedy trzeba było zająć się przygotowaniem do Świąt. Niby nie przygotowujemy się do nich jakoś bardzo, ale np. prezenty trzeba kupić i jakoś logistycznie ze św. Mikołajem zgrać aby wszystkie dzieci mogły pod choinką swój prezent znaleźć.

Było więc sporo spraw, które trzeba było dopatrzyć, dopilnować. A jeszcze sobie co jakiś czas coś nowego umyśliłam. Ale mogłam sobie coś nowego umyślić właśnie dlatego, że wszystko co WAŻNE lub PILNE było ogarnięte.

Już od początku grudnia, nie wiedząc kiedy ten dzień ostateczny nadejdzie, bardzo dbałam o to, żeby te moje rzeczy kończyć i nie zostawiać nikomu na głowie. Począwszy od tak trywialnych rzeczy jak opłacenie faktury za telefon, po odbieranie paczek, które też bardziej niż zwykle  monitorowałam (i mogłam interweniować w odpowiednim momencie gdy się zgubiła!). Co kilka dni wysyłałam P. aktualną listę Spraw Niedokończonych, tak aby w razie czego wiedział co jeszcze ma dopiąć.

Ostatecznie okazało się, że największym prokrastynatorem jest nasze dziecko. Dzięki temu zyskałam mnóstwo czasu na kwestie, których już nie spodziewałam się poruszać. Udało mi się też zrobić GIGANTYCZNE PORZĄDKI. Moja kuchnia jeszcze nigdy tak nie lśniła 🙂

Mogłam też oddać się gotowaniu, bez stresu spędzać godziny w poczekalni u ginekologa, ale też czytać blogi parentingowe i książki o rozwoju mózgui pokupować jeszcze więcej książek z LITERATURY ŚWIATOWEJ (tak, będę je czytać Dziecku na głos 😀

Każdy kolejny dzień to dla mnie prezent od losu. Że już blisko, ale jeszcze nie już. Że jeszcze zrobię coś z Wielkiej Listy albo coś zupełnie innego. Że spędzę jeszcze kilka miłych chwil sam na sam z P.

Podoba mi się to. Podoba mi się, że nie wzięłam sobie na głowę zbyt dużo. Podoba mi się, że potrafiłam się dobrze zorganizować. Podoba mi się, że robiąc zadania na bieżąco zyskałam tyle czasu, że wcisnęłam jeszcze więcej zadań. Wszystko na takim luzie, ze spokojem i świadomością, że niczego nie muszę.

Biorę sobie ten stan i będę do niego dążyć po tym jak mi się już życie wywróci do góry nogami 😉

 

Indykowy czelendż

Słyszałam (czytałam?), że kobieta w ciąży może mieć problemy z przetwarzaniem informacji w mózgu. No może, że faktycznie, pewne procesy wolniej zachodzą. Czasem coś tam nie styka tak, jak powinno. Zdarzyło mi się czasem coś zapomnieć czy przekręcić. Jednak dopiero teraz dane było mi doświadczyć fizycznie konsekwencji tego zjawiska.

Poszłam jak ostatnio codziennie na spacer na zakupy – jakoś tak wychodzenie po prostu na spacer nie jest w moim stylu, musi być CEL, no więc tym razem, sklep papierniczy, warzywniak i mięsny. Wymyśliłam sobie bowiem gulasz. Gulasz z Indyka.

W mięsnym jak zwykle kolejka. 4-5 osób w środku sklepiku to już prawdziwy tłum. Czekam, oglądam mięska, zastanawiam się co jeszcze dobrego bym zjadła. Nadchodzi moja kolej. Proszę więc o fileta z Indyka. Pani idzie na drugi koniec sklepu, szuka ogląda. Nie przepycham się z brzuchem w tym tłumie. Pani z oddali pokazuje mi fileta i pyta czy na pewno chcę całego. Ja na to, że tak. A pani (dobry sprzedawca, dba o klienta) kładzie na wagę i pyta czy na pewno, bo to kilo czterysta. A ja lekko potwierdzam, że tak, bardzo dobrze.

Dostałam mojego fileta, jeszcze jakąś wędlinkę i wracam. Wracam i zaczyna do mnie powoli docierać. KILO CZTERYSTA!!! Dla naszej dwójki to są jakieś 4 obiady… No i co ja z tym teraz zrobię? Ale, że lubię wyzwania, również te kulinarne, to mój mózg zaczął pracować już na normalnie przyspieszonych obrotach. Wróciłam, pokręciłam się, pomyślałam. Zajęłam się czymś innym. Znowu pomyślałam, poszperałam w lodówce. I wymyśliłam.

Podzieliłam mięsko na dwie nierówne połowy. Jedną zamarynowałam na wymarzony gulasz z kurkumą i suszoną wędzoną papryką, a drugą – wytarzałam w  paście z czosnku i ziół i nafaszerowałam wygrzebanym z odmętów lodówki serem feta.

No i prawie, że dwie pieczenie na jednym ogniu. Pieczeń z fetą upiekłam, gulasz uwarzyłam. Z tym, że gulasz (mimo, że wymarzony) powędrował do zamrażarki na lepsze czasy – albo może na te cięższe, bo któż to wie czy to nasze dziecko da nam spokojnie zjeść, a  co dopiero ugotować?

2

Gulasz

A na obiad (i pewnie kolejny) pieczeń z indyka z ziemniaczkami i marchewka z groszkiem.

1

 

Pieczeń

 

 

 

Mój maraton

Przygotowania do maratonu trwają ok. 45 tygodni. 10 tygodni aby przebiec 10 km, następne 15 tygodni do półmaratonu i kolejne 20 do maratonu. Treningi 3 lub 4 razy w tygodniu. Do tego pewnie jakaś dieta, odpowiednie ćwiczenia żeby sobie ścięgien nie pozrywać. Chyba by mi się nie chciało.

Tymczasem już od 40 tygodni przygotowuję się do mojego własnego maratonu. Nie miałam jednak żadnego sprecyzowanego planu. Ot, starałam się być aktywna i nie rezygnować z nie raz dość intensywnych zamierzeń, jak choćby wyprawa do Puszczy Noteckiej w  pierwszych tygodniach ciąży. Czyli pierwsze 10 tygodni – łażenie.

Potem kolejne 20 tygodni jeszcze więcej łażenia. Chodziliśmy gdzieś po lasach bobięcińskich i przywidzkich. A potem uroki stromych pirenejskich ścieżek oraz starych hiszpańskich miasteczek z niezliczoną ilością schodów. Do tego setki przejechanych kilometrów sprzyjały trenowaniu mięśni Kegla.

A potem przyszedł kryzys „półmaratonu”. Nastały ponure dni naszej środkowoeuropejskiej jesieni. Przybrało się też parę kilogramów i już zdecydowanie odechciało się jakichkolwiek spacerów. Nawet tych po alejkach sklepowych.

Jednak gdzieś tam w głowie kołatała mi myśl, że chcę się dobrze przygotować. Z jednej strony mentalnie – muszę wiedzieć co i jak, ale też fizycznie. Już zadbałam przecież o to, że tych kilogramów nie tak w końcu wiele przybyło.

Zaczęłam dość nieśmiało. Kilka ćwiczeń raz na kilka dni. Tak 3-5 minut, żeby się nie przemęczyć. Potem tak trochę częściej, ale wciąż zaledwie kilka minut.  A potem zauważyłam, że te kilka minut daje zaskakujące efekty! Tak że od kilku tygodni ćwiczę 10-15 minut dziennie.

Do tego przychodzą jeszcze inne przygotowania. Aż sama siebie nie poznaję! Smaruję się (też codziennie!) kremem na rozstępy, pamiętam żeby brać witaminy 2-3 razy dziennie, do tego nadal ćwiczę mięśnie Kegla i wykonuję masaż krocza. I jeszcze problemy ze skórą i włosami powodują, że smaruję się też codziennie przeróżnymi olejkami (ale to już muszę ;).

Gdyby mi ktoś przed ciążą powiedział, że tak będzie, nigdy bym nie uwierzyła. Że ja? Może w niektórych obszarach jestem zorganizowana, ale jakoś ten związany z dbałością o ciało to tak sporadycznie, po macoszemu.

Szukam co mnie do tego motywuje. Bo to ja sama chcę. Nawet jeśli padam na ryjek i mi się nie chce, to biorę przed pójściem spać ten krem i się smaruję. Wstaję rano, biorę prysznic i ćwiczę, nawet jeśli już jestem koszmarnie głodna. Ale to jeszcze nic. Jak muszę gdzieś wyjść z rana to wstaję wcześniej(ja?!) żeby choć chwilę poćwiczyć.

I czuję się świetnie. Świetnie przygotowana. Pełna nadziei, że szybko wrócę do formy. Że jeszcze będę tak samo ładna jak przedtem.

Ale też trochę czekam na ten chichot losu. Takie magiczne myślenie, a może i samospełniająca się przepowiednia.  Że skoro już tak dobrze się przygotowałam, to mi dziecko przyjdzie na świat przez c.c. No cóż. Zostaje nadzieja, że chociaż ćwiczenie mięśni Kegla nie pójdzie na marne 😉

 

 

 

Ciuchy ciążowe – kupować czy nie kupować?

Jeszcze na początku ciąży nasłuchałam się o tym, jak to bez sensu kupować  ubrania ciążowe. Że drogo. Że na chwilę. Że lepiej kupić po prostu w normalnym sklepie ciuchy rozmiar większe.

A więc posłuchałam, wyczaiłam wyprzedaże i kupiłam całą masę ciuchów estymując rozmiar rosnącego brzucha przez kolejne pół roku. I dopiero po jakimś czasie dotarł do mnie absurd całej tej sytuacji.

Wydałam sporo pieniędzy na ciuchy nie do końca w moim stylu – takie żeby brzuszek się mieścił, na ciuchy w rozmiarze, który, jeśli osiągnę, mam zamiar szybko opuścić i jeszcze na ciuchy, w których czułam się jak w namiocie, tudzież jak hipopotam lub wieloryb.

Odżałowałam jakoś tą stratę i poszłam po rozum do głowy.  Odpaliłam Allegro i wygrzebałam całkiem sensowny zestaw używanych ciuchów ciążowych. Do tego jeszcze z 2-3 sukienki, jakieś spodnie.

I przez chwile byłam przeszczęśliwa. Miałam worek ciuchów na różne okoliczności, ładnych, rosnących z brzuszkiem, ale… niedopasowanych. Coś miało za krótkie rękawy, coś cisnęło pod szyją, coś było za długie, inne znowu za krótkie. Ale że wyjeżdżałam wtedy do Hiszpanii, zapakowałam z tego co się nadawało i w drogę.

W tejże Hiszpanii okazało się, że moje ciuchy nie do końca sprawdzają się w tamtejszym klimacie. Sukienki były trochę mało wygodne do łażenia, a spodnie, mimo, że niby letnie – za ciepłe. Zaszalałam więc i w Bilbao kupiłam sobie – spodenki ciążowe! Wygodne, zdecydowanie dopasowane, zupełnie w moim stylu. I… zmieniła się pogoda. Już nigdy potem nie było tak cudownie ciepło jak w tym pierwszym tygodniu wyjazdu. Spodenki ubrałam potem ze 3 razy trochę dlatego, że żal było ich nie ubrać.

A po powrocie… Jesień, zimno i do tego brzuszek tak wyrośnięty, że w żadnych moich przewidywaniach nie przewidziałam. Czułam się wielka i mało atrakcyjna. Poszłam więc do atrakcyjnych sklepów dla mam i kupiłam sobie dwa ciuchy – w sumie trzy, ale ten trzeci też niewypał. Ale wracając do tych kiecek – drogie były. Kosztowały tyle, że normalnie to sobie kupuję dwie w cenie takiej jednej.

I… chodzę w tych dwóch ciuchach nieprzerwanie od ponad dwóch miesięcy. Co jedno w  praniu to zakładam drugie. Czuję się w tym po prostu dobrze. I chyba też wyglądam całkiem nie najgorzej, bo mnie ludzie komplementują. Że ładnie brzuszek wygląda, że tak mało przybrałam w ciąży, że cała ja tak ładnie wyglądam. A czasami, kiedy patrzę znudzona, że znowu muszę założyć to samo, to sobie przypominam ile to kosztowało i jakoś mi lepiej, bo za te pieniądze to nawet worek po ziemniakach musiał by być atrakcyjny.

Każda z nas ma swoje przekonania, każdy brzuszek jest inny, każda z nas inaczej postrzega upływ czasu. Dla mnie okres ciąży wcale nie jest krótki. Jest to ponad pół roku, w którym moje ciało nieustannie się zmienia, w którym nie raz czułam się gruba, ciężka i brzydka. A zakup kilku ubrań, które potem się nieustannie nosi do zdarcia, to nie żadna fanaberia, ale w miarę prosty sposób na to abym czuła się w tym okresie dobrze sama ze sobą.

Kiedy kura staje się kwoką?

Zwykła kura, gdy się ją goni to ucieka. Do czasu, gdy już nie ma siły, nie może, nie widzi szansy. Wtedy kuca, kuli się w sobie jak by jej nie było. I można z nią zrobić cokolwiek. Nawet rosół.

Zupełnie inaczej sprawy się mają z kwoką. Stroszy się, tak, że wygląda na dwa razy większą. Jeśli do takiej podejść, to tylko z kijem. Potrafi bez wahania rzucić się na lisa.

Co powoduje, że ta kura, taka uległa, niezdolna do obrony, staje się taka waleczna, gdy tylko siada na jajkach? Albo raczej, dlaczego, dopiero gdy siada na jajkach staje się właśnie taka? Dlaczego nie jest taka cały czas?

A co się dzieje z nami, kobietami, gdy zostajemy matkami? Z zaskoczeniem obserwuję kobiety z mojego otoczenia, które w tej nowej roli stają się zupełnie inne niż dotychczas.

Niektóre z pewnych siebie, zdecydowanych, niezależnych bizneswoman potrafią wejść w rolę opiekuńczej mamy, stają się ciepłe, wrażliwe. Z innych wychodzi silna potrzeba kontroli, jeszcze inne stają się nadwrażliwe i nadopiekuńcze albo zaborcze.

Znam też takie dziewczyny, które jako mamy zyskują prawdziwą moc. Z cichej, szarej myszki wyrasta lwica, gotowa stanąć w obronie swojego dziecka, która też zaczyna kierować swoim własnym życiem.

Zmieniają się nie tylko dziewczyny, ale też nasze rozmowy. Kiedyś mówiłyśmy o pasjach, wyjazdach, rozwoju zawodowym. Dzisiaj mogą one godzinami rozprawiać o swoich maluchach, jakie są piękne, wspaniałe, mądre. Albo przeciwnie – nieznośne, niegrzeczne, kapryśne.

Czekam więc na ten moment, gdy i mi się „przekręci” coś w głowie. Że zacznę myśleć tylko o wózkach, sukieneczkach, pokoikach. Że zacznę wrzucać na FB zdjęcia coraz większego brzuszka, zdjęcia z USG, a potem codziennie fotkę dzieciaka z taką miną, albo taką i jeszcze może taką. Że zacznę patrzeć innym matkom do wózka i zachwycać się ich maluszkami. Dopytywać czy ładnie śpią, jedzą i o co tam jeszcze matki pytają.

A więc czekam. I czekam. I jakoś tak nic się nie dzieje. Jak mnie ktoś pyta o dziecko – no tak, nurkuje sobie. A czy kopie? No raczej. Czy się nie mogę doczekać żeby zobaczyć jak wygląda? Będzie wyglądało jak będzie wyglądało.

I przygotowuję się na to dziecko w taki najbardziej praktyczny sposób. Chcę kilku zmian w mieszkaniu, żeby tak po prostu zmieścić te wszystkie łóżeczka, ciuszki, gadżety. Chcę wysprzątać te kąty, do których potem długo nie zajrzę, chcę wyprać i wyprasować te 5 worków ciuszków, które dostałam od bratowej.

I zastanawiam się przy tym czy na pewno wszystko ze mną w porządku. I równocześnie obawiam się tego momentu, w którym jednak z tego praktycznego podejścia przełączę się na tę kwokę, która jest nie tylko waleczna, ale też zafiksowana na swych pisklętach.