Miesięczne archiwum: grudzień 2016

O odkładaniu na później (gdy nie ma później)

Bardzo lubię odkładać i bardzo dobrze (a przynajmniej skutecznie) pracuje mi się pod presją czasu. Taką też presję wywołuje na mnie zbliżający się i zarazem oddalający termin narodzin mojego dziecka.

Po powrocie z Hiszpanii, uświadomiłam sobie, że 3 miesiące to jednak niedużo czasu na przygotowanie się do narodzin dziecka. I w dodatku odezwała się u mnie syndrom wicia gniazda, więc te wszystkie odkładane od lat remonty trzeba było teraz nagle uskutecznić. Normalnie ludzie chyba już wcześniej zaczynają o tym myśleć. Pewnie mniej więcej wtedy co my kupowaliśmy przyczepę…

Stworzyłam, więc Wielką Listę Rzeczy do Zrobienia. Początkowo uruchomienie Wielkiej Listy napotkało spore trudności. Okazało się bowiem, że priorytety moje i P. nie do końca były spójne. Trochę się naszarpaliśmy, ale ostatecznie po dwóch miesiącach wygrzebaliśmy się z najbardziej naglących zadań.

A wtedy trzeba było zająć się przygotowaniem do Świąt. Niby nie przygotowujemy się do nich jakoś bardzo, ale np. prezenty trzeba kupić i jakoś logistycznie ze św. Mikołajem zgrać aby wszystkie dzieci mogły pod choinką swój prezent znaleźć.

Było więc sporo spraw, które trzeba było dopatrzyć, dopilnować. A jeszcze sobie co jakiś czas coś nowego umyśliłam. Ale mogłam sobie coś nowego umyślić właśnie dlatego, że wszystko co WAŻNE lub PILNE było ogarnięte.

Już od początku grudnia, nie wiedząc kiedy ten dzień ostateczny nadejdzie, bardzo dbałam o to, żeby te moje rzeczy kończyć i nie zostawiać nikomu na głowie. Począwszy od tak trywialnych rzeczy jak opłacenie faktury za telefon, po odbieranie paczek, które też bardziej niż zwykle  monitorowałam (i mogłam interweniować w odpowiednim momencie gdy się zgubiła!). Co kilka dni wysyłałam P. aktualną listę Spraw Niedokończonych, tak aby w razie czego wiedział co jeszcze ma dopiąć.

Ostatecznie okazało się, że największym prokrastynatorem jest nasze dziecko. Dzięki temu zyskałam mnóstwo czasu na kwestie, których już nie spodziewałam się poruszać. Udało mi się też zrobić GIGANTYCZNE PORZĄDKI. Moja kuchnia jeszcze nigdy tak nie lśniła 🙂

Mogłam też oddać się gotowaniu, bez stresu spędzać godziny w poczekalni u ginekologa, ale też czytać blogi parentingowe i książki o rozwoju mózgui pokupować jeszcze więcej książek z LITERATURY ŚWIATOWEJ (tak, będę je czytać Dziecku na głos 😀

Każdy kolejny dzień to dla mnie prezent od losu. Że już blisko, ale jeszcze nie już. Że jeszcze zrobię coś z Wielkiej Listy albo coś zupełnie innego. Że spędzę jeszcze kilka miłych chwil sam na sam z P.

Podoba mi się to. Podoba mi się, że nie wzięłam sobie na głowę zbyt dużo. Podoba mi się, że potrafiłam się dobrze zorganizować. Podoba mi się, że robiąc zadania na bieżąco zyskałam tyle czasu, że wcisnęłam jeszcze więcej zadań. Wszystko na takim luzie, ze spokojem i świadomością, że niczego nie muszę.

Biorę sobie ten stan i będę do niego dążyć po tym jak mi się już życie wywróci do góry nogami 😉

 

Indykowy czelendż

Słyszałam (czytałam?), że kobieta w ciąży może mieć problemy z przetwarzaniem informacji w mózgu. No może, że faktycznie, pewne procesy wolniej zachodzą. Czasem coś tam nie styka tak, jak powinno. Zdarzyło mi się czasem coś zapomnieć czy przekręcić. Jednak dopiero teraz dane było mi doświadczyć fizycznie konsekwencji tego zjawiska.

Poszłam jak ostatnio codziennie na spacer na zakupy – jakoś tak wychodzenie po prostu na spacer nie jest w moim stylu, musi być CEL, no więc tym razem, sklep papierniczy, warzywniak i mięsny. Wymyśliłam sobie bowiem gulasz. Gulasz z Indyka.

W mięsnym jak zwykle kolejka. 4-5 osób w środku sklepiku to już prawdziwy tłum. Czekam, oglądam mięska, zastanawiam się co jeszcze dobrego bym zjadła. Nadchodzi moja kolej. Proszę więc o fileta z Indyka. Pani idzie na drugi koniec sklepu, szuka ogląda. Nie przepycham się z brzuchem w tym tłumie. Pani z oddali pokazuje mi fileta i pyta czy na pewno chcę całego. Ja na to, że tak. A pani (dobry sprzedawca, dba o klienta) kładzie na wagę i pyta czy na pewno, bo to kilo czterysta. A ja lekko potwierdzam, że tak, bardzo dobrze.

Dostałam mojego fileta, jeszcze jakąś wędlinkę i wracam. Wracam i zaczyna do mnie powoli docierać. KILO CZTERYSTA!!! Dla naszej dwójki to są jakieś 4 obiady… No i co ja z tym teraz zrobię? Ale, że lubię wyzwania, również te kulinarne, to mój mózg zaczął pracować już na normalnie przyspieszonych obrotach. Wróciłam, pokręciłam się, pomyślałam. Zajęłam się czymś innym. Znowu pomyślałam, poszperałam w lodówce. I wymyśliłam.

Podzieliłam mięsko na dwie nierówne połowy. Jedną zamarynowałam na wymarzony gulasz z kurkumą i suszoną wędzoną papryką, a drugą – wytarzałam w  paście z czosnku i ziół i nafaszerowałam wygrzebanym z odmętów lodówki serem feta.

No i prawie, że dwie pieczenie na jednym ogniu. Pieczeń z fetą upiekłam, gulasz uwarzyłam. Z tym, że gulasz (mimo, że wymarzony) powędrował do zamrażarki na lepsze czasy – albo może na te cięższe, bo któż to wie czy to nasze dziecko da nam spokojnie zjeść, a  co dopiero ugotować?

2

Gulasz

A na obiad (i pewnie kolejny) pieczeń z indyka z ziemniaczkami i marchewka z groszkiem.

1

 

Pieczeń

 

 

 

Mój maraton

Przygotowania do maratonu trwają ok. 45 tygodni. 10 tygodni aby przebiec 10 km, następne 15 tygodni do półmaratonu i kolejne 20 do maratonu. Treningi 3 lub 4 razy w tygodniu. Do tego pewnie jakaś dieta, odpowiednie ćwiczenia żeby sobie ścięgien nie pozrywać. Chyba by mi się nie chciało.

Tymczasem już od 40 tygodni przygotowuję się do mojego własnego maratonu. Nie miałam jednak żadnego sprecyzowanego planu. Ot, starałam się być aktywna i nie rezygnować z nie raz dość intensywnych zamierzeń, jak choćby wyprawa do Puszczy Noteckiej w  pierwszych tygodniach ciąży. Czyli pierwsze 10 tygodni – łażenie.

Potem kolejne 20 tygodni jeszcze więcej łażenia. Chodziliśmy gdzieś po lasach bobięcińskich i przywidzkich. A potem uroki stromych pirenejskich ścieżek oraz starych hiszpańskich miasteczek z niezliczoną ilością schodów. Do tego setki przejechanych kilometrów sprzyjały trenowaniu mięśni Kegla.

A potem przyszedł kryzys „półmaratonu”. Nastały ponure dni naszej środkowoeuropejskiej jesieni. Przybrało się też parę kilogramów i już zdecydowanie odechciało się jakichkolwiek spacerów. Nawet tych po alejkach sklepowych.

Jednak gdzieś tam w głowie kołatała mi myśl, że chcę się dobrze przygotować. Z jednej strony mentalnie – muszę wiedzieć co i jak, ale też fizycznie. Już zadbałam przecież o to, że tych kilogramów nie tak w końcu wiele przybyło.

Zaczęłam dość nieśmiało. Kilka ćwiczeń raz na kilka dni. Tak 3-5 minut, żeby się nie przemęczyć. Potem tak trochę częściej, ale wciąż zaledwie kilka minut.  A potem zauważyłam, że te kilka minut daje zaskakujące efekty! Tak że od kilku tygodni ćwiczę 10-15 minut dziennie.

Do tego przychodzą jeszcze inne przygotowania. Aż sama siebie nie poznaję! Smaruję się (też codziennie!) kremem na rozstępy, pamiętam żeby brać witaminy 2-3 razy dziennie, do tego nadal ćwiczę mięśnie Kegla i wykonuję masaż krocza. I jeszcze problemy ze skórą i włosami powodują, że smaruję się też codziennie przeróżnymi olejkami (ale to już muszę ;).

Gdyby mi ktoś przed ciążą powiedział, że tak będzie, nigdy bym nie uwierzyła. Że ja? Może w niektórych obszarach jestem zorganizowana, ale jakoś ten związany z dbałością o ciało to tak sporadycznie, po macoszemu.

Szukam co mnie do tego motywuje. Bo to ja sama chcę. Nawet jeśli padam na ryjek i mi się nie chce, to biorę przed pójściem spać ten krem i się smaruję. Wstaję rano, biorę prysznic i ćwiczę, nawet jeśli już jestem koszmarnie głodna. Ale to jeszcze nic. Jak muszę gdzieś wyjść z rana to wstaję wcześniej(ja?!) żeby choć chwilę poćwiczyć.

I czuję się świetnie. Świetnie przygotowana. Pełna nadziei, że szybko wrócę do formy. Że jeszcze będę tak samo ładna jak przedtem.

Ale też trochę czekam na ten chichot losu. Takie magiczne myślenie, a może i samospełniająca się przepowiednia.  Że skoro już tak dobrze się przygotowałam, to mi dziecko przyjdzie na świat przez c.c. No cóż. Zostaje nadzieja, że chociaż ćwiczenie mięśni Kegla nie pójdzie na marne 😉

 

 

 

Ciuchy ciążowe – kupować czy nie kupować?

Jeszcze na początku ciąży nasłuchałam się o tym, jak to bez sensu kupować  ubrania ciążowe. Że drogo. Że na chwilę. Że lepiej kupić po prostu w normalnym sklepie ciuchy rozmiar większe.

A więc posłuchałam, wyczaiłam wyprzedaże i kupiłam całą masę ciuchów estymując rozmiar rosnącego brzucha przez kolejne pół roku. I dopiero po jakimś czasie dotarł do mnie absurd całej tej sytuacji.

Wydałam sporo pieniędzy na ciuchy nie do końca w moim stylu – takie żeby brzuszek się mieścił, na ciuchy w rozmiarze, który, jeśli osiągnę, mam zamiar szybko opuścić i jeszcze na ciuchy, w których czułam się jak w namiocie, tudzież jak hipopotam lub wieloryb.

Odżałowałam jakoś tą stratę i poszłam po rozum do głowy.  Odpaliłam Allegro i wygrzebałam całkiem sensowny zestaw używanych ciuchów ciążowych. Do tego jeszcze z 2-3 sukienki, jakieś spodnie.

I przez chwile byłam przeszczęśliwa. Miałam worek ciuchów na różne okoliczności, ładnych, rosnących z brzuszkiem, ale… niedopasowanych. Coś miało za krótkie rękawy, coś cisnęło pod szyją, coś było za długie, inne znowu za krótkie. Ale że wyjeżdżałam wtedy do Hiszpanii, zapakowałam z tego co się nadawało i w drogę.

W tejże Hiszpanii okazało się, że moje ciuchy nie do końca sprawdzają się w tamtejszym klimacie. Sukienki były trochę mało wygodne do łażenia, a spodnie, mimo, że niby letnie – za ciepłe. Zaszalałam więc i w Bilbao kupiłam sobie – spodenki ciążowe! Wygodne, zdecydowanie dopasowane, zupełnie w moim stylu. I… zmieniła się pogoda. Już nigdy potem nie było tak cudownie ciepło jak w tym pierwszym tygodniu wyjazdu. Spodenki ubrałam potem ze 3 razy trochę dlatego, że żal było ich nie ubrać.

A po powrocie… Jesień, zimno i do tego brzuszek tak wyrośnięty, że w żadnych moich przewidywaniach nie przewidziałam. Czułam się wielka i mało atrakcyjna. Poszłam więc do atrakcyjnych sklepów dla mam i kupiłam sobie dwa ciuchy – w sumie trzy, ale ten trzeci też niewypał. Ale wracając do tych kiecek – drogie były. Kosztowały tyle, że normalnie to sobie kupuję dwie w cenie takiej jednej.

I… chodzę w tych dwóch ciuchach nieprzerwanie od ponad dwóch miesięcy. Co jedno w  praniu to zakładam drugie. Czuję się w tym po prostu dobrze. I chyba też wyglądam całkiem nie najgorzej, bo mnie ludzie komplementują. Że ładnie brzuszek wygląda, że tak mało przybrałam w ciąży, że cała ja tak ładnie wyglądam. A czasami, kiedy patrzę znudzona, że znowu muszę założyć to samo, to sobie przypominam ile to kosztowało i jakoś mi lepiej, bo za te pieniądze to nawet worek po ziemniakach musiał by być atrakcyjny.

Każda z nas ma swoje przekonania, każdy brzuszek jest inny, każda z nas inaczej postrzega upływ czasu. Dla mnie okres ciąży wcale nie jest krótki. Jest to ponad pół roku, w którym moje ciało nieustannie się zmienia, w którym nie raz czułam się gruba, ciężka i brzydka. A zakup kilku ubrań, które potem się nieustannie nosi do zdarcia, to nie żadna fanaberia, ale w miarę prosty sposób na to abym czuła się w tym okresie dobrze sama ze sobą.